Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
czwartek, 18 lutego 2010
czekolada i ser
Będzie krótko, bo w końcu o słodkim piszę, a słodkie to nie moja domena. W zasadzie, z mojego punktu widzenia cały temat mógłbym opisać wielkim, głośnym mlaśnięciem. Piszę jednak, ponieważ coś mnie do tego popycha. W dwójnasób jestem kierowany w tym kierunku. 

Po pierwsze, byliśmy niedawno w Galerii Tortów Artystycznych (http://cukierniakasia.pl/) i próbowaliśmy tamtejszych specjałów. Miejsce całkiem przyjemne, przemiła obsługa i torty. Wiele rodzajów, wszystkie efektowne i całkiem niezłe, a niektóre świetne. Są też niestety słabsze troszkę pozycje i na taką właśnie się skusiłem. Tort czekoladowy z pleśniowym serem. Brzmiało intrygująco i od dawna za mną coś takiego chodziło. Tort, podobnie jak pozostałe niezwykle efektowny, ciemny i ozdobiony czekoladowymi maskami. Niestety, biszkopt przełożony masą czekoladową z umieszczonym w środku kawałkiem sera niezbyt przypadł mi do gustu. Może dla tego, że czekoladowa masa nie była dość czekoladowa (choć nie była zła), a może z uwagi na to, że ser w torcie stojącym przez długie godziny w chłodzie nie pieści tak podniebienia jak powinien. Pomysł ciekawy, ale do poprawy.

Drugą sprawą, która sprawia, że poruszam temat czekolady i sera jest komentarz (za który oczywiście dziękuję) traktujący o "najlepszym krakowskim deserze". Autorka wspomina suflet czekoladowy z serem pleśniowym. No, i to chyba może być coś o czym myślę od pewnego czasu. 

Jakiś czas temu podejrzałem w telewizji kablowej Hestona Blumenthala, który przekonywał (zresztą bardzo udanie) do ekstrawaganckich z pozoru połączeń smakowych. Tu właśnie pojawił się ser pleśniowy i czekolada. Poniżej film, który udało mi się znaleźć w youtube, a który jest właśnie tym programem z przeszłości. Mam nadzieję, że Gosia da się namówić na przygotowanie ze mną tego w domu. Jak się uda (namówić ją), to zdamy relację.


środa, 04 listopada 2009
100% Masła w Trójce. Serio ;)

JUTRO 100% Masła w Trójce!
Początek już ok 7:30 (zapraszamy do Trójki), dalej 10:10 (Tu Baron), 15:40 (prywatna kolekcja) i 16:50 (zapraszamy do Trójki). 

Słuchajcie nas w Trójce w swoich odbiornikach albo online na
http://www.polskieradio.pl/sluchaj/play.aspx?p=r3

środa, 16 września 2009
Za Antonim...
Przeprowadziliśmy zamianę kuchenki. Za Czyprakiem Antonim oczywiście, chociaż nosiliśmy się z takim zamiarem od jakiegoś już czasu. Emalia pięknie się błyszczy, ale nie aż tak bardzo, jak błyszczała się poprzednia (jak to Włoszka) w kolorze INOX. Mamy zatem nową-starą kuchenkę i szczęśliwy jestem niezmiernie. Szczęśliwy, bo nadszedł wraz elektrycznym piekarnikiem czas wspaniałej złotej kruszonki na nigdy-więcej-nieprzypalonych-ciastach, czas wielkiego pieczenia. Już się łakomie oblizuję, jak patrzę na te łopatki, boczki, wołowiny kawały smakowite. No, fantazja mnie już ponosi tak, że ledwie ten piec to wszystko pomieści. Pora na pieczyste też dobra, nawet w Trójce wspominali dzisiaj, że nadchodzi jesień.

Dzisiaj jednak czas gonił, jak ostatnio goni wciąż i o marzenia wielkim pieczeniu trzeba było odłożyć na lepszą chwilę (swoją drogą czy chwila może być mniej lub bardziej stosowna na pyszne pieczyste? no chyba, że upał). Nawet Gosia żadnych słodkości jeszcze nie napiekła, co niezmiernie mnie dziwi Czas jak wspomniałem gonił i niewiele go mogłem poświęcić na przygotowanie obiadu, a ten zjeść należy. Zajęcia zajęciami, ale dlaczego odmawiać sobie czegoś dobrego w środku dnia?

Wziąłem kilka ziemniaków i ugotowałem je w łupinach. W międzyczasie pierś z kurczaka rozkroiłem tak, żeby otwarła się jak książka. Posmarowałem bazyliowym pesto (nie najprzedniejsze to pesto, bo kupne, jak macie swoje to wam zazdroszczę), obsypawszy wcześniej pieprzem i solą. Zwinąłem w rulon w środek wkładając ten drobny filecik. To wszystko wylądowało w dość ściśle zawiniętej folii aluminiowej razem z dwoma ząbkami czosnku (zgniecione, ale w łupinach), solą, pieprzem, odrobiną melisy i tymianku, wreszcie oliwą z oliwek. Zawiniątko wylądowało oczywiście w piecu.

Mogłem teraz spokojnie wrócić do ziemniaków. Obrałem je, posiekałem ząbek czosnku, złapałem jeszcze garść liści szpinaku i sparzyłem go wrzątkiem. Czosnek wylądował w rondelku (na oliwie, a jakże), po chwili dołączyły do niego ziemniaki. Parę minut później posiekany szpinak, sól, pieprz, trochę gałki muszkatołowej. Chwilę sobie to pograło na ogniu, tyle żeby szpinak stracił wodę, a następnie podlałem wszystko chlustem Tokaju Szamorodni. Ten Tokaj to pyszność, ale zawartość cukru pozwala błyskawicznie i pięknie skarmelizować ziemniaki.

W międzyczasie zmieściłem jakieś inne czynności i wróciła Gosia. Kurczaka wyjąłem z pieca i dałem mu chwilkę odpocząć. Następnie pokroiłem go w dość grube plastry i podałem z ziemniakami i szpinakiem. Fajne to jedzenie, łatwe i przyjemne. Jeszcze nie jesienne, raczej ciągle letnie. A i piekarnik swój debiut w nowym miejscu miał udany, choć niezbyt wymagający. W każdym razie wszyscy jesteśmy zadowoleni, choć ja już wracam myślą do wielkiego pieczenia.
23:18, maciekem , Kuchnia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 września 2009
Ulubione naczynia, czyli garów część druga.
Kokilka mała kokila; małe naczynie w kształcie otwartej muszli, w którym się zapieka i podaje do stołu przystawki.

Etym. - fr. coquille 'skorupa; łupina; muszla; muszelka do przystawek' z łac. conchylia - l.mn. od conchylium z gr. konchýlion, kónchē 'muszla'; przez skrzyżowanie z fr. coque 'skorupa, łupina'.

Wyjaśnienie terminu za słownikiem wyrazów obcych W. Kopalińskiego.

Było tak, dostałem trzy kolorowe kokilki w prezencie na jakieś urodziny czy imieniny a może z innej okazji. Wielkiej wagi do prezentów przywiązywać nie potrafię (co czasem ściąga na mnie ciemne chmury krytyki). W każdym razie dostałem owe kokilki - kokilkodawcy niniejszym dziękuję.

Odłożyłem je na wierzch szafek. To coś jakby zesłanie, choć nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę, ale faktycznie tak jest. Trochę jakby odłożyć je na strych. Wiadomo, że znajdą się na świętego Dygdy. 

Kokilki szczęśliwie (dla mnie, bo im pewnie wszystko jedno) zstąpiły przy okazji do właściwej przestrzeni kuchennej. Stało się to przy okazji pierwszych prób z Clafoutis.

Ostatnio natomiast okazały się niezastąpione w błyskawicznym rozdzieleniu koncepcji posiłku. Miałem olbrzymią ochotę na równie olbrzymią porcję makaronu. Gosia nie zapatrywała się ze zbytnim entuzjazmem na perspektywę zjadania talerza pełnego skrobi. Niemniej postanowiłem pozostać przy swoim. Gar wody na makaron już był przecież przygotowany i gaz pod nim płonął. Nabrałem zatem warzyw pełne garści - tak, że na desce się ledwo mieściły. Była cukinia (chyba się uzależniam powoli) zielona i żółta, cebula, pieczarki, czosnku ząbek, garść ziół, sól i pieprz.

Oliwa zaczynała grzać się na patelni, ja zaś z zacięciem kroiłem warzywa. Wrzuciłem je (ciekawe ile/ilu z was jako jeden z ulubionych zapachów kuchennych wymieni czosnek/cebulę na gorącej oliwie), później resztę. Wszystko chwila, trochę soli i pieprzu. Dalej chlust białego wina i redukcja. Na koniec trochę masła, bo sos robi się od niego pełniejszy w smaku i pięknie wygląda. Sól i pieprz do smaku. Zioła.

Włączyłem gazowy opiekacz w piekarniku. Nałożyłem warzyw do kokilek na każdą kładąc plasterek mozzarelli, obsypując startym grana padano i odrobiną bułki tartej. Naczynia umieściłem pod opiekaczem i za cztery minuty podałem z ciemnym pieczywem pięknie zapieczone na
złoto. Sam zaś uraczyłem się wielką michą spaghetti z resztą warzyw.


Wilk syty i owca cała, a wszystko możliwe dzięki tym małym ceramicznym naczyniom, które ktoś kiedyś bardzo roztropnie mi podarował.



P.S. Zapowiadałem szybkowar z ambicjami i jego pora nadejdzie. Będzie jesień, będą potrawki, gulasze, zupy bardziej treściwe. Wtedy przyjdzie pora na używanie tego zacnego garnka.
12:00, maciekem , Kuchnia
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2