Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
piątek, 25 września 2009
Czai się zły.
W każdym się czai ten zły. Jest jak druga strona monety, rewers. Rzadko się pojawia, ale w końcu kromka spada zawsze na posmarowaną masłem stronę. Zły się czai w każdym i we wszystkich i wyłazi albo tylko złym okiem błyśnie. Ech, ten zły. Jak go uładzić, przecież nie taki zły do szpiku. Jak do schować, zapiąć zamkiem, kłódką, tak żeby nie wyłaził?

Można. Wiem już, znam sposób na niego. Metoda prosta, sprawdzona i bezpieczna. Nie żadne zalewanie gorącym woskiem, topienie w beczce piwa (to sposób nader ciekawy, ale z tendencją do pobudzania złego), czy inne wymyślne rozwiązania. Wczoraj wylazł. Zły. A zły był jak pieron, zimno mu było, bo zostawiłem otwarte okno wieczorem. Koty omijały mnie i podejrzliwie patrzyły jak zły wyłazi. Szarpnął drzwi od szafy i wywlókł starą bluzę, żeby się ogrzać. Coś potrącił, spadło i potoczyło się po podłodze. Wszystko jedno złemu. Uspokoiłem go trochę makaronem z pesto i postanowiłem jakoś się z nim uporać. Wierzgnął gwałtownie jeszcze raz i zasnął.

Spał niespokojnie i obudził się wcześniej ode mnie. Zły. Błysnęły kły, ale ja też już się obudziłem. Capnąłem go za kark. O nie, bratku, tak się nie będziemy bawić. Mam ci ja receptę na twoje swawole. Nagotuję ci takiej maści, bratku, że ci w pięty pójdzie. Ech ty, taki synu! Cebula w domu jest i chilli i rozmaryn. Nakupię jeszcze czosnku, jabłko dojrzałe i słodkie, może gruszkę. Do tego wszystkiego podgardla świńskiego kawał. Wezmę gar (szybkowar, ale zbieżność wynika tylko z grubości dna) i wszystko to wytopię soląc i pieprząc odpowiednio, aż powstanie wspaniała aromatyczna mikstura. Zły już kuli się na samą myśl o tym zapachu, ale wietrzy jeszcze swoją szansę, bo mikstura rozlana do kamionkowych garnuszków musi wystygnąć.

Wezmę go zatem ze sobą na spacer. Nie spodziewa się takiego ciosu, drań ze mnie i żal mi go trochę - wezmę go do piekarni. Świeżego, chrupiącego chleba kupię bochenek i wrócę, a smalec będzie już gotowy. Taki smalec to król pośród tłuszczy: pachnie pięknie, smakuje bosko. Do świeżego chleba nie potrzebuję nic innego. Nawet masło przegra. A zły? Zły już sobie poszedł, perspektywa walki tytanów "ZŁY VS. SMALEC" najwyraźniej nie przypadła mu do gustu. Nie dziwię się, a za tak wspaniałą na złego receptę dziękuję Vaanhornowi zwanemu również Pancurem.
piątek, 18 września 2009
Klapsy w pamięci
Hot dog [klaps!]  Ulica Topolowa, koniec lat osiemdziesiątych; dookoła stalowy brudny płot otaczający plac budowy, zakręt, światło, stop. Drzwi do kamienicy, zza nich stęchły zapach ścian domagających się remontu, skrzypiące schody, drzwi mieszkania, cień, nagle dużo światła, pośrodku starszy pan, bielusieńki jak sam papież, z tyłu drugi pan, w dużych okularach z czarnymi oprawkami, z boku mama - siada na fotelu, a kilkuletnia ja wcinam kupionego na ulicy hot doga, choć wcale nie wiem, że tak się to nazywa.

Kruche ciastka [klaps!] Czerwony maluch wjeżdża na podwórko, z domu wysypują się dzieci, krzyczą, machają czym się da, z malucha wysiada babcia, wyciąga bagaże, dzieci dopadają jej i obłażą ze wszystkich stron, z drugiej strony idzie tata z naręczem drewna; skrzypi śnieg pod ocieplanymi butami, rumienią się buzie, tup tup, powolutku po schodach na ganek, dom, nagrzany kaflowymi piecami, odkrztusza dym przez komin, wygląda przy tym jak wielki parostatek. W kuchni babcia otwiera walizkę i wyjmuje Bardzo Tajemniczy Pakunek, po zawartość którego dzieci będą się w Równie Wielkim Sekrecie wspinały na szafę.

Ciepła bułka [klaps!] i znowu jestem nad rzeką, obok stoi butelka wina, a ja wcinam świeżutkie, chrupiące bułki z piekarni na Bartosza. Naprzeciwko mnie śpi spokojnie budynek Vistuli (jeszcze nikt nie wie, że to jego ostatnie miesiące w tym miejscu), leniwie płyną łabędzie, z drugiej strony ktoś do kogoś pokrzykuje. Wino się kończy, noc się zaczyna, coś się urywa.

Rogalik Seven Days [klaps!] Czterdzieści stopni w cieniu; gdzieś między Maratonem a Atenami czuję, jak słońce wypala mi skórę na twarzy - idziemy od sześciu minut trasą do sklepu "Siedem Minut". W sklepie nie ma nic poza tylko znużonym sprzedawcą, hektolitrami wody, półką z podpaskami wielkimi jak pieluchy i rogalikami Seven Days. Wybór jest prosty. Rogaliki wcinamy codziennie przez dwa tygodnie, między śniadaniem a obiadokolacją. I mimo, że potem następuje sezon na Milky Way Crispy Rolls, Kinder Bueno, mleczko skondensowane w tubce i Knoppersy, to już nigdy nie będzie takich sevendaysów.

Indyk saute z marchewką i cytrynowymi ziemniakami [klaps!] Przedwiośnie, wieczór w środku tygodnia, jedenastopiętrowiec nieopodal  sanktuarium w Łagiewnikach. Dzwonek domofonu, poskrzypywanie windy, pukanie do drzwi - i Maciek, z siatką pełną zakupów, wygania mnie do pokoju; a potem zapach czosnku, skwierczenie tłuszczu na patelni, podskakujący na gazie garnek i to wszystko śmieszne małe stworzenia (jak te z "Było sobie życie") pieczołowicie wypisują mi w głowie - zapamiętać dobrze ten pierwszy raz - nikt specjalnie dla mnie wcześniej nie gotował.
czwartek, 13 sierpnia 2009
Przeczytane.
Przeczytałem w Newsweeku z 3go sierpnia tekst o telewizyjnych kucharzach. To właściwie okraszony komentarzem zbiór krytycznych ocen i sądów ferowanych przez czwórkę specjalistów od zdrowej żywności. Artykuł prezentuje jednoznacznie negatywną ocenę ekranowych kucharzy, wskazując między innymi nadmierne ilości masła stosowane w ich przepisach. Rozumie się samo przez się, że nie mogę się z takim stanowiskiem zgodzić, a nawet, że jestem jego gorącym przeciwnikiem. No bo jak to tak? Bez masła? Do czego to podobne? Tekst był wzbogacony o kontekst międzynarodowy. W ramce zwrócono uwagę na krytykę jaka spadła na Brytyjskich TV chefs również za nadużywanie tłuszczu. Krytykiem w tym wypadku był "The Fat Panel" sponsorowany przez zrzeszenie producentów margaryny. :)

Przypomina mi to historię o badaniach z lat 20tych ubiegłego wieku kiedy to grupa poważnych amerykańskich naukowców dowodziła, jak niezbędnym i kluczowym posiłkiem jest śniadanie. Sponsorem badań był Kellogg's i inni producenci płatków śniadaniowych. 

W tym samym tygodniku znalazłem tekst Michała Zaczyńskiego "Nie wierzcie przewodnikom". Krótki felietonik o tym, jak to turyści chcą być bardzo kulinarnie miejscowymi i co z tego wynika. Ciekawe obserwacje grup turystów poszukujących "autentycznie miejscowej knajpki" z przewodnika, kończących w miejscu pełnym turystów z takimi samymi przewodnikami. Miło było poczytać kawałek nieźle napisanego tekstu o tym, że dobre rady mogą dotyczące kuchni i gastronomii mogą być tak samo dobre jak i złe, i że, odrobina umiaru, dystansu i zdrowego rozsądku to najlepsze rozwiązanie. Zarówno w podróży, jak i w kuchni.

Na koniec życzę wszystkim smacznego na śniadanie, obiad, kolację, lunche, brunche, podwieczorki i co sobie tylko wymyślicie. Margaryna? Osobiście wolę masło, ale nikomu niczego nie będę zabraniał.
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Tapas, wyjazdy i powroty
Miało nas nie być dwa tygodnie. No cóż, nie wszystko zawsze jest tak jak być miało. Tydzień minął jak z bicza strzelił i tak obfitował we wrażenia, że muszę je sobie najpierw poukładać i przetrawić, żeby coś o tym napisać. A jest o czym, w końcu zjeździliśmy większość Mazur i choć trudno powiedzieć żebym znał je już na wylot, to pewne pojęcie zdążyłem sobie wyrobić.

Dzisiaj chciałem napisać o czymś innym - o tapas, bo drażni mnie to, co widzę i konfrontacja ze wspomnieniem.

Byłem w Hiszpanii od lutego do lipca 2004. Studia w Granadzie, beztroska (pomijając problemy życia studenckiego), piękne okoliczności i oczywiście ciekawa kuchnia. Jednym z jej sympatyczniejszych przejawów były właśnie tapas, czyli małe, bardzo zróżnicowane przekąski, które w barach dodawano do zamówionego napoju.

Pamiętam doskonale starego barmana w dosyć podłym podmiejskim hotelu, do którego łaziliśmy oglądać mecze piłkarskie. I było fajnie, kiedy ze znudzoną miną rzucał garść chipsów albo oliwek na talerzyk. Trzeba więcej? Proszę bardzo. Kilka domów dalej, to samo przedmieście o nazwie Cenes de la Vega i niewielka, ciemna knajpka z wielką ilością świętych figur w środku. Małe piwo i pulpet. Szybki odwrót, bo w głowie się aż kręciło od tego wystroju. Idziemy dalej, zamawiamy wódkę w "copas". Ciepła wódka, a w każdym koniakowym kieliszku mniej więcej 10cl zbożowego trunku. Nasze zaskoczenie wielkie, ale to nic w porównaniu z minami miejscowych w reakcji na nasze "na zdrowie" i wychylenie kieliszków jednym haustem. Tych tapasowych przyjemności było wiele, i długo by wymieniać. Dość powiedzieć, że można było znależć i takie miejsca gdzie jako tapa serwowane były spore kawałki pizzy. Może to średnio hiszpańska potrawa, ale w studenckie gusta trafiało doskonale.

Z całego tapasowego repertuaru najbardziej do gustu przypadły mi chyba croquetas. Zrobiłem je kiedyś na przyjęcie dla przyjaciół i cieszyły się wielkim powodzeniem. Przepis na nie jest dość prosty, ale jednocześnie pracochłonny. Croquetas to w największym uproszczeniu niewielkie "krokiety" z panierowango z bułce tartej beszamelu. Można je urozmaicać różnymi dodatkami: łososiem wędzonym, oliwkami, ziołami. Beszamel musi być dość gęsty by można było z niego formować małe "krokiety", następnie obtaczać w bułce tartej i smażyć na złoto. Można podawać ciepłe lub zimne.

Wspomniałem o przykrym zderzeniu miłych wspomnień z tym co widzę teraz. Obserwuję, jak w różnych punktach gastronomicznych proponuje się "tapas". Czasem w tych zestawieniach pojawiają się nawet całkiem ciekawe pomysły, ale cóż z tego, kiedy gubi się ideę i pomysł, każąc sobie za kazdy kęs płacić. Istotą tapas jest przecież to, że są one dodatkiem do napoju. Wśród różnych legend dotyczących pochodzenia tapas próźno szukać wzmianek mówiących o nich jako o czymś innym jak właśnie dodatek, ba, w wielu podaniach "tapa" była niczym innym jak pokrywką chroniącą wino przed muchami. Przykro patrzeć jak takie ciekawe kulturowe zjawisko jak spotykanie się na tapas zamienia się w zwykłe studiowanie choćby i najbardziej wyszukanej karty. 

PS. W Hiszpanii byłem z moim serdecznym przyjacielem Piotrem, którego pozwalam sobie w tym miejscu pozdrowić. I to, że wspominam o nim na końcu absolutnie nie znaczy, że jest mniej ważny.
 
1 , 2