Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
poniedziałek, 28 czerwca 2010
Chrzanic restauracje!

Slonce, swiatly i cieply obywatel posiadajacy paszporty hiszpanski i jamajski, przebywa ostatnio na wakacjach w Londynie. Sympatyczni wyspiarze tysiacami wylegaja na ulice, aby go powitac. Zapelniaja sie parki, odkryte baseny, kawiarniane ogrodki, pustoszeje metro i centra handlowe. Wszyscy radosnie sie smazymy, ciemnieje nam skora i jasnieja wlosy.

Wszyscy sa tak szczesliwi z powodu chwilowej obecnosci Slonca w tej czesci swiata, ze nie moga powstrzymac sie od organizacji rozmaitych imprez na jego czesc. Jakies koncerty w Hyde Parkach, jakies aukcje dziel sztuki na swiezym powietrzu, ale przede wszystkim - wszechobecne festiwale uliczne. To jeszcze nie Notting Hill Carnival, kiedy to polowa miasta pachnie jamajskim jerk chicken i swietnym sosem Reggae Reggae, ktorego wynalazca z malej kuchni w poludniowym Londynie przeniosl sie do swiata wielkiego biznesu; nie to, ale blisko.

W ciagu ostatnich dwoch tygodni sympatyczne festiwale uliczne przetoczyly sie przez Battersea. Najpierw byl Northcote Carnival, swieto uroczej Northote Road, o ktorej wspominalam juz niejednokrotnie. Zawsze gwarna i pelna zycia, w czasie swojego karnawalu przeobrazila sie w siebie do szescianu - wszystkie drzwi otworzyly sie na oscierz, na srodku ktos ustawil mala karuzele z parasolkami, obok scene, na ktorej lokalni muzycy pokazywali, co potrafia, byl nawet kwartet smyczkowy w ogrodku jakiegos domu. Ulica przeszla parada, zlozona z policyjnych samochodow roznych marek i generacji, dzieci przebranych za swinie, dzieci przebranych za tancerki flamenco, pstrykajacych tysiace zdjec rodzicow tychze dzieci, pana z wata cukrowa i wielkie ilosci innych indywiduow.

Ale przede wszystkim bylo mnostwo swietnego jedzenia. Hiszpanska knajpka na rodu sprzedawala z ogrodka croquetas, Jamie Oliver rozdawal darmowa kawe, lysy pan w fartuchu w prazki (zielonym!) mial sycylijska oliwe i doskonale amaretti, nie mowiac juz o wspanialych deserach z naszej lokalnej wytworni sprytnych i pysznych rzeczy, od ktorej nie moglam sie oderwac (oto, co pozarlam: agrestowy sernik, malinowa panna cotte i malutkie banoffee). Milion ciastek: kolorowe cupcake'i, ciasto marchewkowe, ludziki z piernika, o rany. Oprocz tego cieply street food: jakies curry, jakies kielbaski smazone przed sklepem rzeznika na plonacym grillu etc., etc.

Zabawe powtorzylismy w ostatnia niedziele, kiedy tuz za rogiem wesolo pogwizdywal Lavender Hill Festival (tak, mieszkamy na Lawendowym Wzgorzu, czy to nie urocze?). Wszystkie restauracyjki (w wiekszosci azjatyckie) wyniosly kuchnie na chodnik. Do japonskiej zapraszal ubrany na bialo wiekowy pan, ktory nie mowil po angielsku - gwarancja jakosci. Sklep z ciastkami przezywal dzikie oblezenie, poszlismy wiec do portugalskiej kafejki, przed ktora nie do konca ogolony (ale przez to autentycznie wygladajacy) pan smazyl sarydnki na ogromnym, dymiacym grillu. Funt za sztuke. Maciek pozarl trzy, po czym stwierdzil, ze moglby tak caly dzien siedziec i tylko jesc i jesc te ryby.

A ja kupilam lemoniade od harcerek. Nie ma co, zupelnie jak w filmie. Pyszna domowa lemoniada z ulicznej budki za jedyne 25 pensow.

I to jest wlasnie lato! Street food, lody z budki i lemoniada z trzech prostych skladnikow, tania jak barszcz. Niech sie schowaja restauracje ze swoimi setkami rodzajow carpaccio, blyszczacym szklem i zle przetlumaczonymi kartami dan. Ja wybieram Slonce i wolnosc.

piątek, 11 czerwca 2010
Pieśń o kuchni świata i utraconych truskawkach
Na temat Londynu można mówić różne rzeczy. Mieszka tu mnóstwo Polaków, którzy chętnie wypłakują oczy do tabloidów, jęcząc żałośnie z tęsknoty za krajem, plując na wszystko, co wyspiarskie i za punkt honoru stawiając sobie zaopatrywanie się wyłącznie w żywność polskich marek (rozumiem, szanuję, ale niech mi ktoś wytłumaczy, czym różni się Pepsi produkowana w Polsce od tej produkowanej gdziekolwiek indziej?). Są i ci, co z radością wstępują na ścieżkę ku uzyskaniu statusu poddanego królowej i ze szczerym obrzydzeniem wspominają czasy, w których cleanerkę nazywali sprzątaczką a carpet dywanem. Właściwie mniej ważne, co myślą - najważniejsze, że są. Podobnie jak przybysze z Azji, Karaibów, Rosji, Irlandii, Antypodów czy różnych części Afryki. Przyjechali ludzie, a w ślad za nimi to, co stanowi najwspanialsze doświadczenie przebywania w wielokulturowym środowisku: ich kuchnia.

I tak mamy tuż za rogiem, niemal drzwi w drzwi lokale: włoski, hinduski, libański, japoński, chiński, portugalski, francuski i tajski. Wszystko na długości nie większej niż 250 metrów. Do tego na jednej, nieszczególnie długiej ulicy, mamy: 4 pizzerie, 3 knajpki z kebabem, 1 all you can eat, 3 coffee shopy, 6 barów i 1 nocny klub. Z litości dla samej siebie nie wspominam o pobliskiej Northcote Road, bo trudno by mi się było doliczyć, ile tam tego wszystkiego jest. Tylko dla zasady wspominam o supermarketach, małych delikatesach, targowiskach, sklepach z organicznym jedzeniem, świeżym mięsem, miodem, herbatą, o cotygodniowym targu na Northcote, na którym pan w budce z rybami polewa swój towar wodą z konewki. O rewelacyjnym street food, dostępnym - szczególnie w weekendy - jak Londyn długi i szeroki napiszę kiedy indziej. No i wreszcie, zwłaszcza, jeśli wybrać się trochę na zachód, na Ealing i Hammersmith, można odwiedzić polską knajpę, gdyby kogoś dręczyła tęsknota za schabowym i golonką z musztardą sarepską. Jesteśmy w samym centrum kulinarnego pępka świata. Mamy ochotę na jerk chicken? Nie ma sprawy. Paneer palak? Wystarczy podskoczyć do Khana za rogiem. Falafel? Stek? Tom yum? Kurczak piri-piri? Do wyboru, do koloru. Zrób-to-sam albo wejdź do którejkolwiek z mnóstwa okolicznym knajpek.

A jednak jest coś, co nie daje mi cieszyć się tym wszystkim w pełni. Coś, co sprawia, że mam ochotę wskoczyć w najbliższy samolot do Polski i pognać hen, aż do małej wsi w świętokrzyskim, siedzieć tam przez cały weekend i obżerać się do nieprzytomności. 

Chodzi o owoce. O czereśnie majówki, które zawsze zbieraliśmy prosto z drzewa, nie zważając na niebezpieczeństwo otarć, skręceń i poważnych urazów ciała (pamiętam, jak kiedyś nadziałam się nogą na płot. Bolało jak cholera, ale czereśnie zażerałam dalej). O borówki, kwaskowe, prawdziwe dzikie borówki, od których zawsze ma się brudne ręce i które farbują na ciemnofioletowo. O maliny, które rosną w rowie niedaleko domu moich rodziców. O poziomki, o agrest, o porzeczki. Ale przede wszystkim - o truskawki! Ach, prawdziwe polskie truskawki! Te niepozorne miękkie cuda, które w ustach eksplodują smakiem lata i wolności. Te ciasta ze świeżymi truskawkami, przyniesionymi z pola albo z placu! Te lody! Te musy! Te kremy! TE PROSTE I GENIALNE TRUSKAWKI ZE ŚMIETANĄ! Zupełnie inne, niż te dmuchane mutanty, które tu sprzedają, te pozbawione soku nędzne namiastki, co o każdej porze roku smakują dokładnie.tak.samo, niezależnie od odmiany i kraju pochodzenia. Panie Michnikowski! Ja już wiem, co pan czuł śpiewając "Adios pomidory"! Bo cóż, że jeść ja będę... brytyjskie czy hiszpańskie truskawki odmiany Elsanta czy Szmelsanta, truskawkowe lody, kremy i ciasta, skoro to wszystko prawdziwym truskawkom nie dorasta nawet do korzeni! Ach, jakże boleśnie przyszło mi się przekonać, co znaczy tęsknota za krajem, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała!

Więc, moi drodzy Państwo, radujcie się! Cieszcie się sezonem na truskawki, kupujcie je na kilogramy, róbcie dżemy i kompoty, pieczcie ciasta, kręćcie lody, miksujcie koktajle, rozpieszczajcie się miseczką truskawek z cukrem o każdej porze dnia i nocy. Życie jest za krótkie, żeby sobie tego odmawiać - jedzcie za siebie, i za nas. Na zdrowie!


Ekstraproste, bardzo szybkie, zawsze udane ciasto ucierane z truskawkami

5 jajek
szklanka cukru
2 szklanki mąki
kostka masła
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
cukier waniliowy (opcjonalnie)
oraz wspaniałe, świeże, dojrzałe, DROBNE polskie truskawki
cukier puder do posypania

Jajka ubijam z cukrem i cukrem waniliowym "na biało" (w zależności od mocy miksera ok. 7-10 minut, aż masa będzie jednolita i bardzo jasna). W międzyczasie roztapiam masło - nie studzę! Dodaję mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia, dokładnie mieszam. Zalewam gorącym masłem. Wylewam do wysmarowanej tłuszczem i wysypanej mąką formy średniej wielkości. Na górze układam przekrojone na pół truskawki - wyglądają jak małe serduszka. Wstawiam do piekarnika nagrzanego na 180 stopni na około 30 minut (nigdy nie nastawiam czasu, proponuję więc sprawdzać stan ciasta patyczkiem:). Wyjmuję, studzę (a przynajmniej staram się - kiedy ma się w domu kogoś takiego jak Maciek nie jest to wcale łatwe zadanie! On usiłuje wyjadać ciasto już na etapie przygotowania...) i posypuję cukrem pudrem. Z reguły całe ciasto znika w ciągu godziny, w porywach do dwóch.


niedziela, 16 maja 2010
English breakfast, prosto z Battersea
Wstaliśmy dzisiaj mocno po południu. Zdziwiła mnie godzina, którą wyświetlił ekran telefonu, bo miałam wrażenie, że oto wstaję o poranku, rześka i wypoczęta po wczorajszej imprezie w Docklands (pozdrowienia dla Agi &Co.). Tymczasem było dawno po pierwszej. Maćka znalazłam przy komputerze, wpatrywał się w ekran, na którym jakaś nielegalna telewizja wyświetlała wyścig Formuły 1 w Monte Carlo. Też był głodny. Dzień wcześniej planowaliśmy sympatyczny brunch w którejś z knapek na uroczej Northcote Road, ale pogoda za oknem zupełnie do tego nie zachęcała. A i pora była nijaka - zanim byśmy się zebrali, restauracyjne menu zdążyłyby się przedzierzgnąć z brunchowych w obiadowe, a na to nie byliśmy jeszcze gotowi.

Postanowiłam więc powtórzyć menu z zeszłego tygodnia, kiedy byłam z dziewczynami w Cambridge i po imprezie w stylu lat 80. (po której zdarzył się cud! Obudziłam się rześka jak skowronek, bez śladu bólu głowy, mimo, że poprzedniego wieczora wlewałam w siebie bez opamiętania alkoholowe napoje z rozmaitych butelek i szklanek, nie bacząc na etykietę czy skład - proszę nawet nie pytać..) poszliśmy wszyscy do akademikowej kuchni, gdzie John i Dorota stali już przy garach i przygotowywali English Brekfast.
- Nie ma nic lepszego na kaca - mówiła Ula, kiedy przed imprezą kupowaliśmy jedzenie i alkohol w pobliskim supermarkecie. - Smażone, dużo tłuszczu, super robi na żołądek po wypiciu alkoholu.
Nie wątpiłam w ani jedno słowo. Nie tak dawno jeszcze pracowałam w wielu mniej lub bardziej podłych londyńskich kafejkach, gdzie na English Breakfast przychodzili właśnie najczęściej ci, na twarzach których widać było wyraźnie resztki poprzedniej nocy. Wpakowaliśmy więc do koszyka pieczarki, jajka, pomidory, bekon, kiełbaski Cumberland (moje ulubione!) i chleb tostowy, świadomie rezygnując z innych składników - szczególnie z baked beans, które przypominają mi o najbardziej parszywych momentach moich wyspiarskich przygód. 

Siedzieliśmy więc w akademikowej kuchni, w sześć osób przy stole, który ledwo mieści cztery, w ubraniach przesiąkniętych zapachem smażonego bekonu i z wielkim apetytem wsuwaliśmy śniadanie, z którego aż kapał cholesterol i które wszystkich ogarniętych przedwakacyjną manią odchudzania przyprawiłoby o zawał serca. Przypomniwszy sobie dzisiaj te sympatyczne chwile, zamknęłam się w kuchni z zamiarem przygotowania angielskiego śniadanka w wersji "de luxe/co masz w lodówce". Przepis poniżej. Maciek był zachwycony efektem, a i ja muszę przyznać, że było niczego sobie. Jedzcie i radujcie się!

English breakfast po mojemu, porcja na dwie osoby
  • Cztery jajka
  • Dwa dojrzałe pomidory (jeśli nie masz dojrzałych - zrezygnuj)
  • Dwa Duże Płaskie Grzyby (Large Flat Mushrooms) albo garść pieczarek
  • Cztery małe lub dwie standardowe kiełbaski Cumberland (lub podobne, białe)
  • Dwa plasterki bekonu
  • Pęczek świeżych szparagów*
  • Masło, olej
  • Świeża bazylia
  • Przyprawy
  • Chleb tostowy lub inny - na grzanki

Kiełbaski ładuję do piekarnika z grillem (może być patelnia grillowa, a może być i zwykła, jeżeli od grillowanych wolą Państwo smażone). W tym samym czasie w woku (lub na głębokiej patelni) topię masło i wrzucam na nie szparagi, którym wcześniej obcięłam końcówki (jeżeli są grube, trzeba je jeszcze obrać), smażę niezbyt długo, żeby nie były paciajowate. Na drugą patelnię wrzucam bekon - ja lubię dobrze wysmażony, ale to żaden przymus. Jednocześnie z bekonem, na tej samej patelni można podsmażać pomidory przekrojone na pół. Kiedy bekon jest gotowy, odkładam go na talerz, a na tej samej patelni smażę jajka sadzone - kto woli, może zrobić jajecznicę lub omlet. Na koniec opiekam tosty, smaruję je masłem, wszystko układam na talerzach, ubieram listkami bazylii i podaję z kawą lub herbatą z mlekiem. Pycha! Po takim śniadaniu nic się nie chce jeść aż do kolacji. Jeżeli ktoś - tak jak ja - lubi deser po śniadaniu na słono - polecam szkockie shortbreads albo inne herbatniki. Dobrze jest też zjeść kilka owoców, ja dziś wybrałam winogrona.

Kto ma ochotę, może dodawać/wymieniać jeszcze na przykład takie składniki:
- baked beans
- hash browns
- black pudding (albo kaszankę)
- haggis, czy cokolwiek przyjdzie Państwu na myśl.

Grzanki można zrobić z mozzarellą albo kozim serkiem, kiełbaski zastąpić ich wegetariańską wersją, jajka można podać na miękko, w sezonie zamiast pieczarek podać leśne grzyby, zamiast smażonych pomidorów - zgrillowaną paprykę... Możliwości są nieskończone. Tak, czy inaczej, dobre angielskie śniadanko dobrze zaczyna dzień. 



Enjoy your meal.

piątek, 23 kwietnia 2010
Wiosna, pewien koszyk i koniec pewnego rozdziału
Wiosna! Wiosna, panie sierżancie, pani dozorczyni, panie account managerze! Wiosna, proszę Państwa!

Więc wreszcie rower, dwa najgłośniejsze rowery świata skrzypią na Praskiej, Tynieckiej i dalej, bulwarem, brukiem, w miasto, do życia, do słońca, do ludzi! Jeden dzwonek działa nawet, kiedy nie powinien, drugi nie działa więc się ludzi przeprasza: "PRZEPRASZAM PAŃSTWA!" albo "Biip!", a oni wtedy stają zupełnie zdezorientowani, obracają w naszą stronę twarze ozdobione minami obcokrajowców z kas PKP, którzy dowiadują się od kasjerek mówiących łamanym językiem, że biletów nie ma, że passenger Stanislaw Paluch...: co to? jak to?, ale odsuwają się grzecznie, bo przecież nikt nie chce kuku, a my dalej, w okularach przeciwsłonecznych, z podciągniętymi nogawkami, z kwiatkami w koszykach. Na Limanowskiego do ulubionego mleczaka na tani obiad, na Meiselsa na tani węgierski lunch, na Podbrzezie na burrito i quessadillę albo na (świetną!) pizzę podawaną w okropnej biurowo-rogatkowej okolicy - na Wadowicką. Ale się rozbijamy, nie ma co, restaurant crawl za 9,90. Wiosna jest piękna, bo wiosna jest tania! Wiosna jest piękna, bo mimo tych wszystkich smakołyków na Meiselsa, na Podbrzeziu i wszędzie indziej, nie ma nic lepszego niż zakupy na Kleparzu (proszę pamiętać o tym placu! Cienko przędzie ostatnio przez przeklęty remont Długiej i Basztowej. Proszę pójść! Proszę wspomóc!), z których wraca się rowerem obładowanym owocami, nowalijkami i wiejskimi kwiatami. A zaraz na drugim miejscu po zakupach jest piknik.

Dostałam od pana Maćka wspaniały koszyk piknikowy. Z wyposażeniem. Ho ho. To było jeszcze w Boże Narodzenie - znalazłam ten koszyk pod choinką i od razu pomyślałam sobie, jak będzie cudownie na wiosnę, kiedy ten koszyk czymś się wypełni, kiedy w nim będą truskawki i winko, i kanapki, i humus, i podpłomyki, i ciastka, i czekolada, i winko, i truskawki! No i będzie piknik, już jutro, rozbijemy sobie małe obozowisko nad Wisłą, będzie grill, będzie świeża rzodkiewka, będzie serek od pani z Rynku Dębnickiego, będzie humus, będą nasze zioła z zielnika na parapecie, będzie winko przywiezione niedawno z Lipska, będzie chleb z przepisu mojej mamy, będzie masa kompletnie szurniętych ludzi, no i będziemy my.

A to wszystko nie tylko dlatego, że jest wiosna i że winnobulwarowy sezon należy wreszcie otworzyć. To będzie impreza pożegnalna, bo, moi drodzy Państwo, opuszczamy Kraków. Wyjeżdżamy do krainy mlekiem, miodem i funtem płynącej, żeby trochę podreperować budżet, zakończyć jedne sprawy, a rozpocząć inne.

Ale zanim podreperujemy budżet, będziemy musieli podreperować sponiewierane wątroby - w niedzielę robimy wielki test ogłoszonej ostatnio Dobrej Nowiny i specjalnie dla Państwa sprawdzimy, czy czekolada faktycznie jest dobra na wątrobę. Proszę nam życzyć powodzenia.