Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
czwartek, 05 sierpnia 2010
Urodziny! Zapraszamy wszystkich!
... no i z rozpedu wczoraj zapomnielismy zaprosic was wszystkich na nasze blogowe urodziny! Jako, ze przebywamy fizycznie tu, wirtualnie tam, a duchowo jeszcze gdzie indziej oraz ze wzgledu na to, ze chcielibysmy zaprosic Was wszystkich, a przeciez w naszej malej klitce zmiesci sie najwyzej 10 osob, organizujemy nasze urodziny on-line:)

Jak to sie robi:
- zglaszamy chec uczestnictwa (wazne, z okazji naszych urodzin bedziemy mieli prezent dla Was!)
- ustalamy menu (zapraszamy do przesylania propozycji! Czekamy do 24:00 polskiego czasu dzisiaj!)
- 8 sierpnia (prawodpodobnie w okolicach 17:00 polskiego czasu) logujemy sie na skype, fejzbuk, bloks, czy na co kto ma jeszcze ochote i mozliwosci - zapraszamy tez do nas, do Londynu, jesli akurat ktos jest na miejscu, prosze sie nie krepowac
- gotujemy symultanicznie i nadajemy raporty z frontu :)
- jemy, pijemy, zdmuchujemy swieczki z tortu i cieszymy sie z prezentow (jak juz wspomniano wyzej :))

Zapraszamy uprzejmie wszystkich Panstwa. Taka okazja nie zdarza sie zbyt czesto!


Pytania? Potwierdzenia uczestnictwa? Prosze smialo uderzac na fejzbuku (klik!) albo mejlowo: manra [na] o2.pl

Do zobaczenia!
środa, 04 sierpnia 2010
O konieczności deseru
Proszę sobie wyobrazić, za jakie dziwadło ostatnio uchodzę. W świecie dziewcząt w rozmiarze zero, które poczęstowane truskawką odmawiają ze względu na 'olbrzymią ilość cukru' (sic!) moje popołudniowe herbatki z shortbreadem albo domowym ciastem w roli głównej są witane z równym zrozumieniem, co przejście Pride Parade przez Wadowice.

Rzecz jasna, nie zamierzam rezygnować. Życie bez deserów nie miałoby sensu. Bo jak wyglądałby taki świat bez słodkości? Posiłki kończyłyby się na głównym daniu, wszyscy odchodziliby od stołu z przeczuciem niezrozumiałego niespełnienia; na zabawach i festynach dzieci zamiast waty cukrowej pogryzałyby marchewki - wróć! marchewki za słodkie - pogryzałyby kiełki.

Kubuś Puchatek, notabene organicznie znienawidzony przez moją siostrę za 'durnowate stukanie się w czaszkę, infantylne gadulstwo i bezsensowne włóczenie po lesie', zrozumiałby mnie doskonale. Małe co nieco. Dla małego co nieco warto wiele. 

Warto na przykład nie spać do późna po tym, jak w okolicach północy wpadło się na pomysł upieczenia ciasta. Warto obleźć kilka sklepów w okolicy w poszukiwaniu żelatyny w listkach. Warto zbierać się pod bramami pałaców, trwać w celibacie, a nawet zapisać się na siłownię, miejsce, które w mojej głowie do niedawna siedziało w tej samej szufladce co sklep wędkarski i Energy 2000

A jednocześnie - jako że deser jest po to, żeby zrobić sobie przyjemność - nie ma sensu się przemęczać. Moje podejście do siedzenia w kuchni jest stuprocentowo tożsame z wyrażonym kiedyś przez którąś z brytyjskich autorek książek kucharskich: 'Kocham gotować, ale nie wtedy, kiedy mogłabym jeść i pić'. Dlatego proste i szybkie. Dlatego kogel-mogel, budyń z sokiem owocowym, dlatego panna cotta, dlatego naleśniki z nutellą albo po prostu z cukrem, dlatego szybkie ciasta. I dlatego nie będę Państwu pisać o sufletach i torcikach. Zamiast tego...

Prosze sobie wyobrazic, ze leza sobie Panstwo na zielonej, puchatej trawce, pod wygodnym drzewem morelowym o galeziach ciezkich od pachnacych owocow, obok butelka wesolego winka, ktos sympatyczny, do tego kot, co lasi sie do nog. Cieplo, ale z lekkim wiaterkiem; tak sobie Panstwo leza i mysla, celebruja absolutna bezokazje i nagle wstaja, mowiac: 'Ach wiesz, moze zjemy cos slodkiego?', po czym udaja sie do kuchni i po chwili wynosza na przyklad...


Eton Mess, czyli niespecjalnie wymyslny, malo elegancki ale wspanialy deser z truskawka w roli glownej, ktory zupelnie nie kojarzy sie z miejscem swojego pochodzenia.



Na dwie porcje beda Panstwo potrzebowac:

  • bezy - najlepsze domowe, z wysuszonej w piekarniku piany z bialek i cukru, ale gotowe z dobrej cukierni tez dadza rade. Stanowczo odradzam kupowanie ich w supermarketach i tego typu podlych dla ciastek miejscach.
  • troche cukru (troche do smietany, troche do truskawek)
  • ubita smietana kremowka (maly kubeczek)
  • truskawki!* ewentualnie inne jagody
  • troche likieru do smaku (opcjonalnie) - sprawdzaja sie Cointreau, madeira czy wisniowka
Teraz cala magia: ubijam smietane z cukrem, w osobnym naczyniu mieszam truskawki z likierem i cukrem; przelamuje bezy na kawalki.

Wrzucam to wszystko do pucharka/kieliszka/miseczki i mieszam. Et voila! Moge wracac pod morele, gdzie czeka na mnie wino, kot, kocyk i mily ktos.

Tylko glupek zrezygnowalby z tego na rzecz rozmiaru zero.


*tu, gdzie jestem teraz truskawki zaczynaja wlasnie smakowac jak truskawki



czwartek, 22 lipca 2010
Piekarnia a solarium dla chleba
Jak sama nazwa wskazuje, Sto procent masla w masle nie znosi przekretow z jedzeniem w roli glownej. Dlatego tak bardzo ucieszyla nas ta wiadomosc: dzieki staraniom Real Bread Campaign reklama Tesco, sugerujaca ze w przysklepowych piekarniach piecze sie chleb przygotowywany 'od zera' zostala zakazana. Tesco reklamowalo sie takim pieknym obrazkiem:



'Swiezy chleb. Pieczony i przygotowywany od zera w naszej przysklepowej piekarni. Przy uzyciu 100% brytyjskiej maki. Kazdy bochenek jest prawdziwie brytyjski. Z krwi i kosci [o ile tak mozemy powiedziec o chlebie :) - przyp. manra]'

Okazuje sie, ze Tesco faktycznie produkuje swiezy chleb w swoich piekarniach - dotyczy to jednak mniej niz 1/3 z nich. W wiekszosci - co pewnie nie jest dla wiekszosci z Panstwa niespodzianka - pieczywo sie tylko odgrzewa, czy tez 'odpieka', stad okreslenie 'solaria dla chleba', ktorym posluzyla sie Real Bread Campaign.

Reklama zostala uznana za wprowadzajaca konsumenta w blad, a Tesco otrzymalo zakaz jej rozpowszechniania.

I dobrze. Pieczywo z glebokiego mrozenia i podpieczone bulki do odgrzania w domu, o wiecznie tym samym smaku nasaczonej octem gabki*, majace z pieczywem tyle wspolnego co Jola Rutowicz z Barbra Streisand zdazyly juz prawie wyprzec prawdziwy chleb z brytyjskich sklepow. Uczciwy bochenek nie tylko kosztuje tu tyle co pudelko belgijskich czekoladek, ale co gorsza, bardzo trudno go dostac.


A jeszcze trudniej dostac swieze drozdze, szczegolnie w mojej okolicy. Ale ja sie nie poddaje. Mam chytry plan na ten weekend... Prosze oczekiwac relacji.

*z litosci nie wspominam o absolutnie obrzydliwym chlebie tostowym w tysiacu rodzajow

środa, 14 lipca 2010
Czy Brytyjczycy wiedzą, co jedzą?
W kraju Raymonda Blanca i Hestona Blumenthala, w kraju Jamiego Olivera, Nigelli Lawson, cydru, świetnych jabłek i doskonałych owoców morza, w mieście, w którym jest ponad 50 restauracji z gwiazdkami Michelin i przynajmniej 10 restauracyjek na każdej większej ulicy, w tym kraju i w tym mieście kupiłam ostatnio jogurt.


Jogurt pochodzi z "delikatesowej" linii jednego z supermarketów. A oto co jogurt zawiera:
- śmietana - 10%
- melko w proszku
- maliny - 13%
- kwasek cytrynowy
- skrobia ryżowa
- aromat
Zaraz zaraz, myślę sobie, jak to? A gdzie w jogurcie jogurt? Odkąd to jogurt składa się ze śmietany ze skrobią ryżową? Może to ze mną jest coś nie tak - pomyślałam i sprawdziłam różne dostępne mi źródła wiedzy: mamę, Maćka, a na końcu Wikipedię.
- Cha cha cha - zaśmiał się Maciek. - Straciłaś 69 pensów! 
- Oj, dziecko, czytaj etykiety - powiedziała mama.
A oto, co wypluła Wikipedia:

Jogurt (z tur. yoğurt), mleko bułgarskie – produkt mleczarski o dość gęstej konsystencji, sporządzany z mleka, w którym przez 4-8 godzin w temperaturze ok. 40°–50 °C rozwijają się bakterie (...)


No?! I gdzie w tym pudełku pełnym śmietany i ryżu część zasadnicza? Co z różnicami kulturowymi bakterii w angielskich i polskich jogurtach? Nie ma! Zabrali! Co to za jogurt bez żywych kultur bakterii, tego hymnu wczesnych lat dziewięćdziesiątych, kiedy rodził się wolny rynek i agresywny kapitalizm, a "żywe kultury bakterii" pochodziły z tej samej rodziny sformułowań z lepszego świata, co "bez namaczania"  i "wash and go"?

Nic mnie już tu, na tych wyspach, nie zdziwi. Różne rzeczy tu widziałam - ekshumację zwłok w drodze na plażę, zwycięzcę konkursu Toaleta Roku i Jude'a Law (a koleżanka spotkała w siłowni Amy Winehouse nago - nie wiem, jak to przeżyła, ale mam wrażenie, że wzrośnie mi ruch na blogu!), więc jakiś durny jogurt z ryżu nie zrobi na mnie wrażenia. 

Zresztą, Brytyjczycy wydają się przywiązani do swoich kulinarnych absurdów. Jednym z moich ulubionych jest 'your 5 a day', czyli 'twoje pięć porcji warzyw i owoców dziennie'. Na pudełkach i torebkach z owocami - oprócz tych, które kupujemy w warzywniaku od pana Patela - zawsze znajdzie się wypisana czyjąś elektroniczną rączką informacja, ile porcji naszego '5 a day' zawiera dane opakowanie. Jak wspaniale. Czuję się doprawdy u r a t o w a n a. Co ja bym zrobiła bez tej kluczowej informacji? Gotowa bym była zjeść mniej - a nie daj Boże: więcej! - porcji warzyw i owoców danego dnia - i rak/cholera/gruźlica/rzeżączka/jaskra/rumień gotowy!

Jest tez chleb. A raczej ten twor z najglebszych czelusci piekla, ktory z niewiadomych powodow Brytyjczycy nazywaja chlebem*. Twor ma konsystencje puchowej poduszki obleczonej w dziwaczna, niechrupiaca skorke, smakuje jak polaczenie herbatnika z niedopalkiem papierosa i paczka gumy balonowej, ale hej, swietnie sie tostuje i jest podobno doskonaly w polaczeniu z niskokalorycznym majonezem Hellmann's**, wiec swietnie sie sprzedaje. W zwiazku z procesem nowej kolonizacji brytyjskie sieci handlowe postanowily ostatnio poeksperymentowac z pieczywem 'etnicznym' - we wspomnianym supermarkecie mamy wiec pólke, z ktorej - oprocz karaibskiego chleba, ktory przypomina trzykrotnie sprasowana drozdzowke i ciagle czeka, az zdecyduje sie go skosztowac - mozemy wziac 'Polish Rye Caraway', polski chleb z zytem*** i kminkiem. Polski, ale wypiekany na zapleczu sklepu, zaloze sie z gleboko mrozonego ciasta (mmmm... not.). Kupilam go wczoraj za ciezko zarobionego funta, przynioslam do domu, przylozylam do niego noz, a chleb - majac kompletnie gdzies moje podekscytowanie - bezczelnie rozpadl mi sie w rekach. Dzieki, ASDA****. Swietna robota, ASDA. Nie ma to jak wychodzic naprzeciw potrzebom konsumenta, ASDA. Idz do diabla.

Tymczasem, kulinarnie, wydawaloby sie, swiadomi, mieszkancy wysp brytyjskich, w osobach redakcji Jamie Magazine, dokonali ostatnio wiekopomnego odkrycia. "O co chodzi z olejem rzepakowym? - pytaja dramatycznie - Ostatnio widzimy go wszedzie - na festiwalach smaku, w supermarketach, w delikatesach... Raymond Blanc jest wielkim fanem i mowi, ze z oleju rzepakowego przygotowuje sie doskonaly majonez! Czy olej rzepakowy to nowa oliwa z oliwek?". Jestem pelna podziwu. Kto by pomyslal, ze z oleju rzepakowego mozna przygotowac doskonaly majonez, nie mowiac juz o tym, ze 'ostatnie badania olejow jadalnych (!) pokazuja, ze olej rzepakowy jest bardzo zdrowy (!!)'. Dobrze, ze jest Jamie Magazine i jego redakcja, niosaca kaganek oswiaty.

Ale dosc brzydkiego wysmiewania sie. To nie jest 'good for you'. Bo, jak wiadomo, na Wyspach wszystko musi byc 'good for you', stad akcja 'your 5 a day', zachecanie do jedzenia ciemnego pieczywa, ktore jest jeszcze bardziej obrzydliwe niz biale, katowanie sie drinkami z trawy, salatkami oblanymi ohydnym dressingiem i liczenie gramatury tluszczu w kazdym zjadanym krakersie. Jak to powiedziala moja nowa znajoma, widzac jak polewam porcje truskawek slodka smietana: 'To na pewno pyszne, ale to nie jest good for you'.

Przed szalenstwem uchroncie mnie, bogowie.



*Ingredients: Wheat Flour, Water, Yeast, Salt, Soya Flour, Vinegar, Vegetable Oil, Fermented Wheat Flour, Emulsifier: E472e; Flour Treatment Agent: Ascorbic Acid (Vitamin C).
Mmmm... kanapka z serem, pomidorem, maslem i E473e...pycha!

**
Hellmann's® is made from real, simple ingredients – vinegar, oils rich in Omega 3 and Omega 6, and now cage-free eggs.
Oh, sorry, we forgot E520(or something), preservatives and water, water, lots of water!

***celowo 'z zytem', a nie 'zytni'. Chyba sie rozumiemy?

****to wlasnie ten supermarket.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23