Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
wtorek, 19 października 2010
Jamie dla Kubusia
...a konkretnie Jamie Magazine. Dwa wydania. Cena: kto da więcej. A wszystko dla Kubusia, w ramach akcji zapoczątkowanej przez Ullę. 

Naszą aukcję można znaleźć tu. Do wygrania są nie tylko dwa (grube!) wydania Jamiego, ale i dobry uczynek. 


niedziela, 10 października 2010
Prawdziwe kuchenne rewolucje
- Kurczę ma różne części. To są piersi, najcenniejsza, więc najdroższa część. Skrzydełka, też niczego sobie. Dalej mamy udka i podudzia. Odkrawamy to wszystko i co zostaje? To! - mówi kucharz i wyciąga w stronę grupki sześciolatków bardzo mało apetyczny korpus.
- Fuuuuuuuuuu! - krzywią się dzieci. - Bleeeeeeeeee!
- A wiecie, co się z tym dalej robi? Mieli się to - kucharz wrzuca korpus do malaksera, dzieci piszczą z obrzydzenia - dodaje mąki i innych specyfików, w tym duuużo dodatków smakowych, żeby to smakowało jak coś dobrego, a nie coś obrzydliwego, a potem wiecie co? Rozplaskuje się to na stole, bierze foremkę i wykrawa takie małe placki, które potem panieruje się i wrzuca na patelnię. No - mówi do krzywiących się przed chwilą dzieci kucharz, smażąc powstałe właśnie chicken nuggest - kto ciągle chciałby to zjeść?
Las rąk.
Kucharz jest w szoku -Ten eksperyment ZAWSZE działa. A tu - poległem.

Kucharz nazywa się Jamie Oliver (ręka w górę, kto tego pana nie kojarzy), a sześciolatki to uczniowie podstawówki w Huntington w stanie West Virginia, 'najbardziej otyłym' mieście 'najbardziej otyłego' kraju na świecie, gdzie Jamie postanowił rozpocząć rewolucję. Prawdziwą kuchenną rewolucję.


zdjecie: jamieoliver.com

W Huntington Jamie otworzył kuchnię, do której każdy może przyjść i zupełnie za darmo nauczyć się gotować proste i zdrowe jedzenie. Korzystając ze swoich wcześniejszych, brytyjskich doświadczeń ruszył też do szkół, a konkretniej do szkolnych stołówek. Misja: zrewolucjonizować sposób żywienia najmłodszych - może dzięki temu uda się im uniknąć bycia pierwszym w historii pokoleniem dzieci, które będą żyły krócej,niż ich rodzice.

I tak mamy w programie: otyłą rodzinę dokonującą pogrzebu swojego ulubionego naczynia (garnek do głębokiego smażenia); nastolatkę, która, według opinii lekarza, ma umrzeć za nie więcej niż siedem lat, jeśli natychmiast nie zmieni trybu życia; panią inspektor ds. szkolnego żywienia, uosobienie sformułowania 'formalistka'; pastora, który co roku traci parafian nie dlatego, że postanawiają zasilić grono ateistów, ale po prostu umierają wskutek otyłości; bandę dzieciaków z liceum, które - bez jakiegokolwiek doświadczenia w gotowaniu - przyrządzają ucztę dla 80 osób; sceptyków: szkolną kucharkę i właściciela największej rozgłośni radiowej w mieście, którzy nie życzą sobie, żeby jakiś chłoptaś zza oceanu mówił im, jak mają jeść. Jest flash mob, maraton gotowania, Jamie przebrany za fasolkę i wizyta w domu pogrzebowym.

I wiecie co? Nigdy nie byłam w Stanach i naprawdę długo nie wierzyłam, że ludziom trzeba tłumaczyć tak podstawowe rzeczy, jak to, jak wygląda pomidor, albo dlaczego jedzenie pizzy CODZIENNIE na przemian z przemielonymi resztkami kurczaka nie jest najlepszym pomysłem. Długo się śmiałam z obsesji, jaką widzę tutaj, w Anglii: get your 5 a day; this is 'good for you'. Ale kiedy widzę kilkulatki wsuwające tłustą pizzę na śniadanie, kucharki, które nie kwestionują zawartości kilkudziesięcioskładnikowego 'mięsa' ('o co chodzi? przecież na etykiecie mięso figuruje jako pierwszy składnik!'), dzieci, które myślą, że pomidor to ziemniak i w życiu nie widziały kalafiora albo trumnę większą niż moje dwuosobowe łóżko, przestaję się śmiać. Doceniam problem i poświęcenie faceta, który mógłby do końca życia siedzieć na tyłku i żyć z procentów od obrotu swoim majątkiem. I wiadomo, że to show, bo takimi prawami rządzi się telewizja. Ale to jest show inny niż wszystkie - to nie taniec z gwiazdami ani durny teleturniej. Tu nikt nie jeździ na lodzie. To jest program, który - zupełnie poważnie - może uratować życia.

To jest prawdziwa kuchenna rewolucja, którą warto zobaczyć. Nie, kuchniaTV nie zapłaciła mi za reklamę. Naprawdę uważam, że powinni to Państwo obejrzeć - zanim podobnej rewolucji będziemy potrzebować w Polsce. 
niedziela, 15 sierpnia 2010
Rozwiązanie konkursu i nagrody! Nagrody!
I wreszcie jest! Długo oczekiwane i wytęsknione rozwiązanie naszego urodzinowego konkursu! 

Dziękujemy wszystkim za zgłoszenia przysłane wszystkimi możliwymi kanałami - jury, w składzie standardowym, miało ciężkie zadanie, żeby wybrać cztery najlepsze odpowiedzi. Ale oszczędżmy Państwu zwyczajowych spiczów i przejdźmy do meritum. 

Równorzędne cztery pierwsze nagrody (drugich i trzecich nie przyznano) otrzymują:

Jul i Cukrowa Wróżka za kreatywne spojrzenie na potrawę:
Jul: Jak dla mnie jest to nadziana i upieczona biała papryka:) 
A wyglądem troche przypominają hot dogi:) Więc mogą to być hot dogi do diety białkowej:D

Cukrowa Wróżka: Nie mam wątpliwości, że jest to coś faszerowanego lub nadziewanego, czyli coś wepchnięte w inne coś. W tym wypadku różowe w żółte. Żółte - mamy do czynienia z warzywem? Taki połysk skórkowaty...
W środku - oj. Mięso? Ale żeście dali zadanie! Cosik czerwonawego, trochę jak czerwona fasolka. Przynajmniej z koloru! Widzę też chyba na horyzoncie jakąś połówkę orzecha laskowego, tonącą jak rozbitek w tym farszu. Dobrze, że ma do towarzystwa zielone, urocze listeczki (mogą grać syrenki, prawda?). A listeczki sugerują, że i w samym farszu są jakieś ziółka. Chyba... Niczego nie można być pewnym. No, może tego, że jest sól. Na 99,9%.
Nie ma co zgadywać. Może lepiej powiem, jakie odpowiedzi nasunęły mi się pierwsze:
1)roztopiony hotdog - uderzające podobieństwo!(jak to możliwe?! No ale te nasze obecne upały, kto wie...)
2)proszę się nie śmiać, aczkolwiek:
tułów jakiejś operowej divy, która założyła przyciasny, żółty gorsecik. Tzn. tułowia i to w większej ilości, co budzi skojarzenia z jakimś brutalnym mordem, ale to podpowiada dopiero logika, a nie kreatywność.

Te hot-dogi i tułowia nas powaliły... Cukrowa Wróżka otrzymuje od nas foremki na cukrowe wypieki, a Jul dostanie jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną foremkę na jajka sadzone ze stali nierdzewnej w formie głowy zajączka :)

Nobleva, za powalającą nazwę potrawy:
Żółta papryka nadziewana mięsem, może i wołowym, a może wieprzowym i wątróbką (bo coś mi to jednolite), to czerwone rzeczywiście jak czerwona fasola, a zielone to pewnikiem kolendra. Mam nawet nazwę: Nadziany Metys

Nobleva za rozbrajającą nazwę dostanie od nas doskonale okrągłą foremkę na jajko sadzone ze stali nierdzewnej.

oraz Misself, za odpowiedź najbliższą prawidłowej:
Moje detektywistyczne oko dostrzegło żółte papryczki Santa Fe pozbawione wnętrza, a zamiast tegoż wnętrza hummus lub pasta z czerwonej fasoli, czarne oliwki i listki kolendry. Poza tym ze zdjęcia emanuje pyszność. I autentyczność.

A dla Misself mamy pomarańczowy zestaw 8 miarek do płynów od 1.25ml do 235ml.

A teraz rozwiązanie zagadki:
Na zdjęciu są białe papryczki z pastą z czerwonej fasolu i czerwonej cebuli.

Specjalnie dla Państwa przepis - z gatunku - szybkich, łatwych i przyjemnych - na 2 osoby:

4 białe papryki
mała czerwona cebula
200g czerwonej fasoli (pół puszki)
papryczka chilli (mała)
sól, pieprz, sok z cytryny, świeża kolendra

Cebulę i papryczkę chilli siekam drobno; paprykom delikatnie ścinam górę i przecinam wzdłuż z jednego boku, usuwam gniazda nasienne. Fasolę odcedzam, wsadzam do blendera albo dużego moździerza. Zmielić na gładką pastę z cebulą, chilli, odrobiną soku z cytryny, solą, pieprzem i kolendrą. Nadziewam papryki, kładę na każdej spory kawałek masła i zapiekam w żaroodpornym naczyniu, odrobinę podlawszy wodą - 15-20 minut w 200-220 stopniach. Powinny się ładnie zapiec, jak na zdjęciu.

Podaję z odrobinką świeżej kolendry - są świetne tak na zimno, jak i na ciepło, bardzo dobre na przystawkę. Jeżeli zostanie wam nadzienia, spróbujcie zjeść je z pitą albo grzanką z dobrego chleba, pycha :)


P.S. Zwyciężczynie/zwycięzców konkursu prosimy o kontakt mejlowy: manra[na]o2.pl albo maciekemem[na]gmail.com. 
środa, 11 sierpnia 2010
KONKURS!
Jest już po urodzinach, więc pora na zapowiadany konkurs. Udział w konkursie mogą brać wszyscy chętni, a zwycięzcy wcale nie są jeszcze znani (nie to co w innych konkursach). Na zwycięzców czekają wspaniałe nagrody związane oczywiście z kuchnią (w tym piękne foremki na mini muffinki, takie jak te). Żeby wygrać należy jedynie odpowiedzieć na pytanie konkursowe i, żeby było ciekawiej, wcale nie trzeba odpowiedzieć poprawnie, choć i zwykła poprawna odpowiedź spotka się z naszym uznaniem. Nagrodami uhonorujemy osoby, które do piątku (13/08/2010) do południa odpowiedzą najciekawiej... albo poprawnie :)

Odpowiadać można w komentarzach pod tym wpisem, na naszym profilu na fejzbuku i mejlowo.

A oto samo pytanie:
Co to za potrawa na zdjęciu poniżej?


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23