Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
wtorek, 08 marca 2011
Wszystkie tradycje swiata
Marzec to taki nudny miesiac, myslalam zawsze. Plucha. Zimno. Przebisniegi nie chca wstac. Grypa i przeziebienie serdecznie zapraszaja na pole, wykorzystujac w celach marketingowych pierwsze promienie sloneczne. Kilka uroczystosci rodzinnych dodaje marcowi troche koloru, ale to by bylo na tyle.

Marzec byl nudny. A potem przeprowadzilismy sie do Londynu.

- Idziemy do mongolskiej knajpy swietowac Chinski Nowy Rok - powiedziala Janice. - Chcecie sie przylaczyc?
- No ba! - powiedzielismy my i zaznaczylismy w kalendarzu wtorek na czerwono. 
Chwile potem zadzwonil Quentin, byly kolega z pracy, z ktorym swego czasu nasmiewalismy sie z mitow naroslych wokol zupy cebulowej. - Robimy w srode party nalesnikowe, to ma cos wspolnego z religia, ale nie pamietam, co. Beda nalesniki, nalesniki cala noc i alkohol. Musicie przyjsc!
- No ba! - odpowiedzielismy i zaznaczylismy na czerwono srode.

Wyglad restauracji, do ktorej poszlismy z Janice, dawal odpowiedz na pytanie, jak wygladalby angielski pub po mongolskim najezdzie. W sufitu kolysaly sie czerwone lampiony, za barem porcelanowy kotek podnosil ku nam lapke w przyjacielskim gescie, z baru natomiast sterczaly znajome z innych przybytkow krany do nalewania popularnych na Wyspach marek piwa. 

Przywital nas wlaciciel - mily, na oko dwudziestokilkuletni chlopiec - i zaprosil do stolu. A tam- krzesla cale, a w stoliku dziura. A w dziurze- goracy kociolek, przedzielony na pol, a w kazdej polowce gotuje sie inna zupa. 
- Czestujcie sie - zachecal wlasciciel, wskazujac na zaladowana po brzegi surowym jedzeniem lade na srodku lokalu. Zabralismy wiec swoje male, biale talerzyki i poszlismy nazbierac sobie skladnikow do zupy: miesa, ryb, owocow morza, tofu i roznych dziwacznych warzyw (w tym salaty). Takie rozne roznosci wrzucalismy potem do zupy, gdzie wszystko bulgotalo radosnie przez niecale dwie minuty, by potem wyladowac spowrotem na talerzu. Bardzo fajny ten mongolski hotpot, obzarlismy sie jak sredniowieczni wojownicy, po czym, dosiadlszy doubledeckera pogalopowalismy do domu.

A dzien pozniej byla nalesnikowa impreza u Quentina. Znowu udalo nam sie wysiasc na niewlasciwej stacji (kto potrafilby odroznic Kensal Rise od Kensal Green?), zapomniec numeru mieszkania (krzyczenie QUENTIN! QUENTIN!! pod oknami trzypietrowej kamienicy nie przsporzylo nam przyjaciol wsrod Quentinowych sasiadow) i wylac czerwone wino, tym razem na siebie (wspanialy postep - ostatnim razem wino wyladowalo na scianie; plama zostalo opracwiona i okrzyknieta wybitnym dzielem sztuki wspolczesnej). Francuzi - ktorych bylo pelno w mieszkaniu, zupelnie jakby caly francuskojezyczny Londyn zebral sie wlasnie na Kensal Rise (Green?) - dolewali wina i typowo po francusku unikali odpowiedzi na pytanie, o co tu wlasciwie chodzi. Do tej pory nie wiemy, w jakiej to, 'jakos tam zwiazanej z Jezusem' imprezie bralismy udzial - ktos pomoze?

Nalesniki natomiast powrocily dzisiaj za sprawa Shrove Tuesday, czy angielskich ostatkow, znanych powszechnie jako nalesnikowy wtorek. To jeden z tych dni, kiedy naprawde ciesze sie, ze jestem w tym milym zachodnioeuropejskim kraju, gdzie w ostatki je sie nalesniki (pycha), a nie marynowane sledzie (fuj) z wodka. Rzecz jasna, zaraz po ostatkach zaczyna sie spowrotem wcinanie jajek w occie i oblewanie ryb obrzydliwym sosem HP, ale to chwilowo pomijam jako nieistotne.

Nalesniki jedlismy rano - z czekolada, cukrem, karmelem i dzemem truskawkowym, po poludniu z nutella i cukrem, po kolacji- z nutella, karmelem i cukrem. Nalesnikowy wtorek obchodzilismy tez w pracy, w calym swoim bogactwie dwudziestu pieciu narodowosci i dziewieciu wyznan. Nalesniki laczyly narody i pokolenia, staly sie na jeden dzien glownym tematem rozmow nad ekspresem do kawy i powodem opoznien w prowadzeniu firmowej korespondencji. Wzgardzily nimi jedynie trzcinopodobne kolezanki z marketingu, ktore nie jedza malin (bo maja  t  y l  e cukru!) i ktore, jak podejrzewam, pochodza z innej, bardzo odleglej planety. 

Po drodze byl jeszcze tlusty czwartek - wtedy, gdzie Panstwo opychali sie paczkami ze swoich ulubionych cukierni, ja usilowalam nie umrzec z przejedzenia churros i oponkami oraz opanowac pozar w kuchni (bez ofiar w ludziach, szczegoly innym razem). 

Pierwszego marca natomiast swietowalismy dzien swietego Dawida, patrona Walii, skad dzien wczesniej przywiozlam swietny przepis na walijskie ciasteczka (rownie dobry tu - klik! - ale ja robilam bez smalcu, a zamiast porzeczek dalam suszone jagody i owoce morwy). 

To oczywiscie nie koniec. Korzystajac z brytyjskiej multikulturowosci pelnymi garsciami w tym miesiacu swietujemy:
20 marca - Purim
21 marca - zoroastrianski nowy rok 
23 marca - Dzien Windy
28 marca kolejne zoroastrianskie swieto - urodziny proroka Zaratustry.

Jedzcie i pijcie, a zadnej okazji do swietowania nie przepusccie! - tako rzecze Zaratustra. Przynajmniej na tym blogu.



Na tym obrazku lokalny walijski Zaratustra poleca swietowanie w towarzystwie lokalnego alkoholu.
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Przypadkowe lizaki z borówek . Jak u Pani z Okienka
Weszlam do kuchni, a te lizaki zrobily sie calkiem przypadkiem.


Lizaki zrobily sie z borowek, ktore - jak poinformowal mnie ostatnio wielki banner w lokalnym supermarkecie - sa wlasnie 'in season'. No, chyba w Argentynie. Ale do rzeczy.

Zachcialo mi sie borowek. Kupilam wiec pudelko (amerykanskich, rzecz jasna, innych tu nie daja) i zamierzalam zjesc jego zawartosc tak, jak lubie najbardziej, czyli na surowo. Ku mojemu przerazeniu okazalo sie jednak, ze owoce wysypujace sie z pudelka po dlugiej podrozy z Ameryki Poludniowej nie roznia sie bardziej od Polakow wysypujacych sie na Victoria Coach Station z autobusu, ktory wlasnie przejechal wieksza czesc Europy. Jak by to powiedziec... sa mocno przywiedle. Pozdrowiwszy w myslach sklep, ktory mi je sprzedal spora iloscia szeleszczacych przeklenstw, postanowilam borowki przeznaczyc na nadzienie do prostej, owocowej tarty, wierzac w zbawienne ilosci cukru i wysokiej temperatury (bo ktoz nie lubi, kiedy slodko i cieplo?).

Postawilam garnek, jak przykazuje Czyprak Antoni, na gazie, wsypalam do srodka borówki, a nastepnie poczulam, jak reka boska chwyta mnie za nadgarstek i potrzasa cukierniczka, wysypujac z niej cala zawartosc do garnka.

O zgrozo!

Coz bylo robic, zaczelam mieszac, ustawilam garnek na najmniejszym ogniu i zajelam sie przygotowywaniem ciasta na tarte. A tymczasem w garnku powstal podstepnie borowkowy karmel:



Do tarty do niczego. Ale w sam raz na lizaki! - pomyslalam. Przelamalam kilka patyczkow do szaszlykow i uformowalam kulki ze skarmelizowanych borówek.



I znowu zapach pociagnal za cyngiel pamieci.
I nagle mam lat dziesieci i nie jestem w londynskim mieszkaniu, ale na polnocnym wschodzie Polski, w Prostkach, kolo Elku, tam gdzie granice miedzy dawna Rzeczpospolita a Prusami Wschodnimi ciagle jeszcze czuc pod kolami. Razem z banda moich zwariowanych kuzynow i banda ich zwariowanych kolegow, zmeczeni zabawa w berka i rzucaniem w siebie pociskami z blota, pukamy do okienka na parterze poniemieckiego domu z okraglych kamieni. Czekamy cierpliwie, trac potluczone kolana, az wreszcie okno otwiera sie piskliwie. Starsza, siwa pani, wystawia na parapet wylozona pergaminem foremke do ciastek i pyta: jakie chcecie?

A na foremce lizakow bez liku. Okragle, kwadratowe, podluzne, jedno - i dwukolorowe. I moje ulubione, kulki z makiem. Objadamy sie lizakami, mija lato, ja wracam na poludnie, mija rok i znowu siedze przed poniemieckim domem, a z ust wystaje mi patyczek od lizaka. Objadamy sie lizakami, a ja, moze jedenastoletnia, zastanawiam sie, skad ta pani wie, jak robic lizaki w domu. Mija jeden, drugi i trzeci rok i wreszcie przychodzi to lato, kiedy nie ma juz nikogo, kto móglby otworzyc dla nas okno.

Fast forward i stop. I znów jestem w Londynie. Objadamy sie lizakami, a ja zastanawiam sie, czy Pani z Okienka tez czekala pietnascie lat, zanim reka boska wysypie jej cala zawartosc cukierniczki do garnka z borowkami.


poniedziałek, 08 listopada 2010
Dobra Kolacja. 100%

Witam serdecznie naszych czytelników. Spałem dosyć długo. Dni, tygodnie, a w końcu miesiące mijały bez nowych wpisów z mojej strony. Coś się zacięło, ale bez obaw: nie przestałem gotować, łazić po różnych zakątkach, zjadać pyszne (i mniej pyszne) potrawy, próbować nowego i wracać do znanego dobrze. 

Dzisiaj powód przebudzenia jest szczególny. Młody człowiek, Kuba potrzebuje pomocy. Jest poważnie chory. Nie zastanawialiśmy się długo i postanowiliśmy zrobić co możemy, żeby coś ruszyć. Bogacze z nas raczej kiepscy, więc postanowiliśmy zorganizować kolację. Pierwsza w Londynie, bo tu jesteśmy. Termin to początek grudnia, miejsce to niezwykle ciepły i gościnny dom naszego znajomego Shamira. Będziemy gotować, karmić, poić i zabawiać dwójkę szczęśliwych zwycięzców aukcji zamieszczonej na Allegro.


Można spodziewać się najlepszej atmosfery, fajerwerków kulinarnych z udziałem tajnych składników, dobrego wina, boskiego deseru (właśnie jem szarlotkę autorstwa Gosi, więc wiem co mówię) i oczywiście domowego chleba z masłem.

W planach mamy jeszcze drugą kolację w Krakowie lub okolicach, ale jeszcze nie ma szczegółów. Sami rozumiecie, terminy ciasne i święta coraz bliżej. Wkrótce na blogu Maćkowe nadrabianie zaległości. Działo się, i dzieje wiele na kulinarnym poligonie. Wizyty gości, jedzenie zwykłe, niezwykłe miejsca i wiele innych atrakcji.

Relacja z przygotowań i samej kolacji oczywiście również pojawi się na blogu. Zapraszam jeszcze raz na kolację i do licytacji.

niedziela, 07 listopada 2010
Więcej liberalizmu przy garach!
Robiłam niedawno porządek w moich szpargałach i wpadły mi w ręce bierki. Bierki dumne, drewniane, marki Mikado - pamiętam dobrze, prezent od Cioci z Anglii. Otworzyłam pudełko i wypadła z niego kartka. Na kartce stało, nakreślone starannym, dziecięcym pismem: 'JEDYNE PRAWDZIWE ZASADY GRY W BIERKI'. 

I fruu, wyobraźnia poszybowała do tamtego zimowego popołudnia, kiedy we trójkę siedzieliśmy w pokoju obok tatowej kancelarii i z pasją oddawaliśmy się jednej z pierwszych w życiu kłótni o zasady.
- Jak dotkniesz, to możesz wziąć tą, której dotknąłeś! - przekonywał Braciszek.
- Nie możesz! Tracisz kolejkę! - stwierdzała Siostra.
- Jak ona dotknie, to ja biorę tę bierkę, a ty czekasz kolejkę. Jestem najstarsza i mam rację, a wy macie mnie słuchać - mówiłam ja.
W końcu postanowiliśmy, niczym ojcowie demokracji w osiemnastowiecznych Stanach, spisać nasze prawa i obowiązki na papierze i od tej pory przestrzegać ich jak przykazań.

Dziś sama jestem ciocią z Anglii i moje podejście do zasad i przykazań trochę się zmieniło. Szczególnie w kuchni. To nie znaczy, rzecz jasna, że nagle zaczęłam gotować jajka na twardo pół godziny albo usiłować przyspieszyć działanie drożdży proszkiem do pieczenia (ahahaha!!! szaleństwo!!!). Chodzi nie o podstawy, ale o część twórczą. O komponowanie potraw, o myśl, o przepisy.

Przepisy kuchenne traktuję jak wszystkie inne przepisy. Co wartościowe - zachować. Co bez sensu - zmienić albo zlekceważyć. Co ciekawe - wypróbować. Nie zamierzam oblewać ryby z frytkami octem (ani nawet sokiem z cytryny) tylko dlatego, że ktoś uznaje to za akt uprawomocnienia potrawy. Jednocześnie, jeśli chcę ubić pianę z białek, to nie kombinuję - używam trzepaczki albo miksera zamiast, na przykład, tłuczka do mięsa.

Dlatego niezmiernie mnie dziwi pojawiające się w dyskusji o kuchni przekonanie rodem z 'Dnia Świra' - "moja racja jest najmojsza", tudzież "to jest jedyny prawdziwy przepis na tę potrawę". Weźmy na przykład taką zupę cebulową, klasyczną potrawę kuchni francuskiej (mówimy 'klasyczną' i od razu wpadamy w to szaleństwo, bo to najwięcej osób zdaje się posiadać 'jedyne prawdziwe zasady' właśnie w przypadku 'klasycznych' potraw). A więc zupa cebulowa - ja ją lubię z białym winem i drobnymi grzaneczkami, które do talerza dodaję sobie sama, po trochu, dzięki czemu są miłym, chrupiącym dodatkiem, a nie nasiąkniętym zupą kapciem. Och, jak mi się za to kiedyś oberwało. 

- Do fhącuskiej zupy cebulowej się daje porządną grzankę zapieczoną z serem, a nie jakieś popierdółki - powiedział Strażnik Jedynych Prawdziwych Zasad Gotowania Zupy Cebulowej. - Taka zupa bez grzanki to żadna zupa cebulowa - dodał i zrobił minę dwunastolatka, który właśnie barwnie wytłumaczył młodszemu bratu, że dzieci nie znajduje się w kapuście.
- Goń się, ciulu - odpowiedziałam mu po krakowsku i napchałam sobie usta zupą, żeby ostatecznie zamknąć temat. 
Kilka lat później ze znajomym Francuzem wyśmiewaliśmy tę sytuację, zgadzając się co do tego, że wersji francuskiej zupy cebulowej jest tyle, ile gotujących ją ludzi. Wersja z karmelizowaną cebulą, wersja z niekarmelizowaną cebulą, wersja z winem i bez, wersja z razowym chlebem gotowanym w zupie, wersja z przykrywaniem zupy 'pokrywką' z sera itd. itp. itd.

Kiełbaski z ogniska. Każdy ma na nie najlepszy przepis (ja lubię lekko przypaloną, jako dodatek akceptuję wyłącznie kubek grzanego wina)

Podobnie jest z innymi 'klasycznymi' potrawami, jak kurczak Tikka Masala, zielone curry, hamburger, humus, leczo, czy - po co szukać daleko - bigos. Co kuchnia, to przepis, to inna mieszanka przypraw i nieco inne proporcje. Jakże smutne byłoby życie, gdybyśmy nie mogli pozachwycać się nowymi wersjami czegoś, co już znamy, by oczywiście na końcu uznać, że my i tak to robimy lepiej. Nasze ulubione sąsiadki straciłyby połowę tematów do rozmów (- A próbowałaś, Jadźka, tej sałatki u Teresy na imieninach? No, niezła, niezła, ale ty mi powiedz, po cholerę ona tyle pieprzu dała? Tak mnie potem w język piekło, że hoooo!), a my nie mielibyśmy okazji sporządzić naszego prywatnego rankingu pierogów, w którym udział brały, obok naszych rodziców, dziadków i dalszych krewnych, również restauracje, mniej lub bardziej podłe bary i producenci mrożonek - zainteresowanych wynikami prosimy o kontakt e-mailowy.

Oczywiście, są wyjątki. Wołowina Wellington czy Pavlova mają swój początek zapisany w encyklopediach, gdzie jasno wskazuje się posiadacza Jedynego Prawdziwego Przepisu na daną potrawę. Ale w przypadku potraw tradycyjnych, jak wspomniany bigos, rosół albo kurczak jerk, właściwie tylko rdzeń przepisu pozostaje niezmienny, przyprawami i dodatkami zaś można dowolnie manipulować.

No chyba, że jest się restauracją. W takim wypadku zbyt daleko posunięty kuchenny liberalizm może prowadzić do katastrofy. Takiej, jakiej byłam ofiarą w pewnej restauracji na F. na ulicy Sławkowskiej w Krakowie, gdzie zamówiwszy zupę cebulową zostałam poczęstowana smutnym, cienkim rosołkiem z olbrzymią ilością oregano. Albo taką, jaka spotkała gości jednej z restauracji w programie 'Ramsay's Best Restaurant', którzy swój kotlet barani dostali... w kieliszku. W postaci płynu. Warto więc - drodzy właściciele restauracji i szefowie kuchni, to do Was się tu zwracam - zadbać o to, żeby wszelkie kuchenne ekstrawagancje opisywać w karcie dań; dzięki temu mniej będzie rozczarowanych gości. Ale to już temat za zupełnie inny wpis. 



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23