Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
środa, 30 września 2009
Zmartwychwstała cukiernia
Pamiętam, jak szłam przez Syrokomli i dwóch panów malowało na kremowo kolumny przy narożnym lokalu. Coś tam niedawno umarło i coś nowego miało się urodzić - nie wiem, który już raz. Przez ostatnie ćwierć wieku mały lokal na rogu Syrokomli i Włóczków gościł różnych lokatorów - klub fitness, jakieś biuro, jakiś dziwny sklep... Najmilej wspominałam cukiernię, którą odwiedzałam w dzieciństwie; chodziłyśmy tam z mamą po pączki i babeczki z lukrem.

Jakiś czas po tym, jak panowie pomalowali na kremowo kolumny, ktoś zawiesił nad drzwiami szyld "more than a cookie". Uśmiech namalował mi się sam. Oto jak feniks z popiołów, jak Łazarz, jak Napoleon odradzał się na Syrokomli 22 duch pogrzebanego przed laty interesu. Cukiernia! Hurra!

Jak łatwo się domyślić, pomaszerowałam tam natychmiast. W maleńkim pomieszczeniu zmieściło się mnóstwo amerykańskich cookies, bomb kalorycznych odpalających w każdym głęboko uśpione zapasy serotoniny i duży termos z parzoną kawą. Moja droga do pracy nabrała nowych kolorów.

A teraz, w każdą środę o 19:00 można też wpaść tam na kurs pieczenia. Nie jest tanio - jedna lekcja kosztuje 55zł, więc trzeba napiec i najeść tyle, żeby się opłaciło ;) Ale coś mi podpowiada, że w końcu odżałuję te pieniądze - i oczywiście zdam Państwu relację.

Nie zobaczą mnie tam jednak na pewno w ciągu następnych dwóch tygodni. Jedziemy z Maćkiem ścigać lato do krainy węży i sardynek. Proszę przez ten czas o nas nie zapominać.
piątek, 25 września 2009
Czai się zły.
W każdym się czai ten zły. Jest jak druga strona monety, rewers. Rzadko się pojawia, ale w końcu kromka spada zawsze na posmarowaną masłem stronę. Zły się czai w każdym i we wszystkich i wyłazi albo tylko złym okiem błyśnie. Ech, ten zły. Jak go uładzić, przecież nie taki zły do szpiku. Jak do schować, zapiąć zamkiem, kłódką, tak żeby nie wyłaził?

Można. Wiem już, znam sposób na niego. Metoda prosta, sprawdzona i bezpieczna. Nie żadne zalewanie gorącym woskiem, topienie w beczce piwa (to sposób nader ciekawy, ale z tendencją do pobudzania złego), czy inne wymyślne rozwiązania. Wczoraj wylazł. Zły. A zły był jak pieron, zimno mu było, bo zostawiłem otwarte okno wieczorem. Koty omijały mnie i podejrzliwie patrzyły jak zły wyłazi. Szarpnął drzwi od szafy i wywlókł starą bluzę, żeby się ogrzać. Coś potrącił, spadło i potoczyło się po podłodze. Wszystko jedno złemu. Uspokoiłem go trochę makaronem z pesto i postanowiłem jakoś się z nim uporać. Wierzgnął gwałtownie jeszcze raz i zasnął.

Spał niespokojnie i obudził się wcześniej ode mnie. Zły. Błysnęły kły, ale ja też już się obudziłem. Capnąłem go za kark. O nie, bratku, tak się nie będziemy bawić. Mam ci ja receptę na twoje swawole. Nagotuję ci takiej maści, bratku, że ci w pięty pójdzie. Ech ty, taki synu! Cebula w domu jest i chilli i rozmaryn. Nakupię jeszcze czosnku, jabłko dojrzałe i słodkie, może gruszkę. Do tego wszystkiego podgardla świńskiego kawał. Wezmę gar (szybkowar, ale zbieżność wynika tylko z grubości dna) i wszystko to wytopię soląc i pieprząc odpowiednio, aż powstanie wspaniała aromatyczna mikstura. Zły już kuli się na samą myśl o tym zapachu, ale wietrzy jeszcze swoją szansę, bo mikstura rozlana do kamionkowych garnuszków musi wystygnąć.

Wezmę go zatem ze sobą na spacer. Nie spodziewa się takiego ciosu, drań ze mnie i żal mi go trochę - wezmę go do piekarni. Świeżego, chrupiącego chleba kupię bochenek i wrócę, a smalec będzie już gotowy. Taki smalec to król pośród tłuszczy: pachnie pięknie, smakuje bosko. Do świeżego chleba nie potrzebuję nic innego. Nawet masło przegra. A zły? Zły już sobie poszedł, perspektywa walki tytanów "ZŁY VS. SMALEC" najwyraźniej nie przypadła mu do gustu. Nie dziwię się, a za tak wspaniałą na złego receptę dziękuję Vaanhornowi zwanemu również Pancurem.
poniedziałek, 21 września 2009
Płeć kuchni
Mówimy "ta" kuchnia, w obu znaczeniach. To przecież naturalne, że jest rodzaju żeńskiego. To przecież naturalne, że przy garnkach (rodzaj męski!) stoi kobieta, zajęta przygotowywaniem potraw (żeński!). To oczywiste, że ta kuchnia znajduje się w domu, nie w hotelu czy w restauracji, bo to dom jest odpowiednim miejscem dla kobiety. W restauracjach i hotelach - czyli w pracy!- siedzą profesjonalni kucharze (to oczywiste, że mężczyźni, przecież to oni są najlepszymi kucharzami!). Nie kucharki - kucharki pracują w stołówkach i barach mlecznych. A jeżeli przypadkiem jakaś posiadaczka waginy znajdzie się w restauracyjnej kuchni, nazywamy ją raczej - z szacunkiem - szefem kuchni, a nie szefową. Szefowa pożycza dwa złote na wino chłopakom spod sklepu.

Z blogami kulinarnymi jest podobnie. To oczywiste, że kobieta - jeśli prowadzi blog - to jest to blog kulinarny, ewentualnie blog o modzie albo o facetach. To oczywiste, że o tym pisze, w końcu to część jej życia, jak wychowywanie potomstwa albo malowanie oczu. Za to mężczyzna...! To dopiero coś! Gotujący mężczyzna nie jest po prostu smakoszem czy kulinarnym pasjonatą, jest gastroseksualistą. To już nie osoba, to zjawisko.  Witamy w świecie "Pani domu" i "Logo24": kulinarna blogerka to kura domowa, matka dzieciom i przykładna żona, prosto z obrazka z elementarza. Gotujący-blogujący facet to osobowość, nonkonformista, modny i atrakcyjny obiekt pożądania kobiet i reklamodawców.

źródło: annetaintor.com

Czy wyobrażają sobie Państwo blog o tytule "Kobieta gotuje"? Pies z kulawą nogą by się tym nie zainteresował. Jeżeli natomiast Facet gotuje (wszystkiego najsmaczniejszego dla Ciebie, Facecie!), natychmiast znajduje się w grupie polecanych blogów. Ja chyba wychowałam się w zdegenerowanym środowisku, ale - mimo najszczerszych chęci - moja głowa nie jest w stanie wykrzesać krzty niezwykłości z samego faktu, że mężczyzna gotuje. Podobnie jak, kiedy widzę Kingę Baranowską na szczycie Kanczendzongi, szczęka opada mi nie dlatego, że przed kamerą stoi kobieta. Halo, świecie! Jesteśmy w dwudziestym pierwszym wieku - niektóre kobiety prowadzą rajdowe samochody, a niektórzy mężczyźni pieką ciastka. To już raczej norma, nie wyjątek.

Proszę mnie źle nie zrozumieć - nie mam na celu zdyskredytowania jakiegokolwiek kulinarnego blogera płci męskiej, ani taniej promocji własnych wypocin. Proszę mnie do woli okrzykiwać niewyżytą feministką i rzucać we mnie wirtualne kamienie, ale zamierzam się do końca upierać, że widok gotującego faceta powinien być równie powszedni, jak widok kobiety pchającej wózek z dzieckiem.
piątek, 18 września 2009
Klapsy w pamięci
Hot dog [klaps!]  Ulica Topolowa, koniec lat osiemdziesiątych; dookoła stalowy brudny płot otaczający plac budowy, zakręt, światło, stop. Drzwi do kamienicy, zza nich stęchły zapach ścian domagających się remontu, skrzypiące schody, drzwi mieszkania, cień, nagle dużo światła, pośrodku starszy pan, bielusieńki jak sam papież, z tyłu drugi pan, w dużych okularach z czarnymi oprawkami, z boku mama - siada na fotelu, a kilkuletnia ja wcinam kupionego na ulicy hot doga, choć wcale nie wiem, że tak się to nazywa.

Kruche ciastka [klaps!] Czerwony maluch wjeżdża na podwórko, z domu wysypują się dzieci, krzyczą, machają czym się da, z malucha wysiada babcia, wyciąga bagaże, dzieci dopadają jej i obłażą ze wszystkich stron, z drugiej strony idzie tata z naręczem drewna; skrzypi śnieg pod ocieplanymi butami, rumienią się buzie, tup tup, powolutku po schodach na ganek, dom, nagrzany kaflowymi piecami, odkrztusza dym przez komin, wygląda przy tym jak wielki parostatek. W kuchni babcia otwiera walizkę i wyjmuje Bardzo Tajemniczy Pakunek, po zawartość którego dzieci będą się w Równie Wielkim Sekrecie wspinały na szafę.

Ciepła bułka [klaps!] i znowu jestem nad rzeką, obok stoi butelka wina, a ja wcinam świeżutkie, chrupiące bułki z piekarni na Bartosza. Naprzeciwko mnie śpi spokojnie budynek Vistuli (jeszcze nikt nie wie, że to jego ostatnie miesiące w tym miejscu), leniwie płyną łabędzie, z drugiej strony ktoś do kogoś pokrzykuje. Wino się kończy, noc się zaczyna, coś się urywa.

Rogalik Seven Days [klaps!] Czterdzieści stopni w cieniu; gdzieś między Maratonem a Atenami czuję, jak słońce wypala mi skórę na twarzy - idziemy od sześciu minut trasą do sklepu "Siedem Minut". W sklepie nie ma nic poza tylko znużonym sprzedawcą, hektolitrami wody, półką z podpaskami wielkimi jak pieluchy i rogalikami Seven Days. Wybór jest prosty. Rogaliki wcinamy codziennie przez dwa tygodnie, między śniadaniem a obiadokolacją. I mimo, że potem następuje sezon na Milky Way Crispy Rolls, Kinder Bueno, mleczko skondensowane w tubce i Knoppersy, to już nigdy nie będzie takich sevendaysów.

Indyk saute z marchewką i cytrynowymi ziemniakami [klaps!] Przedwiośnie, wieczór w środku tygodnia, jedenastopiętrowiec nieopodal  sanktuarium w Łagiewnikach. Dzwonek domofonu, poskrzypywanie windy, pukanie do drzwi - i Maciek, z siatką pełną zakupów, wygania mnie do pokoju; a potem zapach czosnku, skwierczenie tłuszczu na patelni, podskakujący na gazie garnek i to wszystko śmieszne małe stworzenia (jak te z "Było sobie życie") pieczołowicie wypisują mi w głowie - zapamiętać dobrze ten pierwszy raz - nikt specjalnie dla mnie wcześniej nie gotował.
 
1 , 2