Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Bąbelki - dar prosto z niebios
W Londynie była ciepła sierpniowa noc, doubledeckers śmigały po oświetlonym pięknymi latarniami Putney Bridge, a ja z bandą sezonowych emigrantów z mojego miasta siedzieliśmy nieopodal, wyposażeni w butelki Lambrini. Za naszymi plecami zamożniejsi i bardziej kulturalni od nas tubylcy wychylali swoje pinty piwa i relaksowali się na obijanych skórą sofach. W innej części miasta dogorywał Notting Hill Carnival. Nam wystarczał beton nadrzecznych schodków - prawie jak nad Wisłą.

Pierwsze butelki poszły już w autobusie linii 85, który nas na schodki przywiózł. Lambrini miało wszystko, czego potrzebowałam: bąbelki, stonowaną słodycz i dobrą cenę (j e d e n  funt brytyjski za 0.75l !). Bąbelki pociągnęły nas z Putney dalej w miasto - biegiem przez most, prosto na plan jakiegoś serialu z panem oblanym sztuczną krwią, na drzewie siedział facet z maszynką do sztucznego deszczu, pani na obcasach usiłowała wjechać samochodem do Tamizy - ale się działo! Potem Trafalgar Square, ktoś wpadł do fontanny, St. James Park i zabawa w chowanego, w końcu drzemka przed Parlamentem i powrotny rozkołysany rajd do piątej strefy.

Innym razem bąbelki uśpiły mnie na motorze typu ścigacz w drodze powrotnej z Brugii do Londynu. Zatrzymaliśmy się z kolegą w jakimś pubie, zamówiłam Magners, cudowny irlandzki cydr (który, nie wiedzieć dlaczego, w Irlandii występuje pod nazwą Bulmers). Oj, napiłam ja wtedy, ledwie jedna butelka, a uśpiła mnie słodko i jechałam sobie z tyłu na motocyklu nieprzytomna. Kolega Peter powiedział, że to chyba pierwszy taki przypadek w historii.

Bąbelki rewelacyjnie leczą też wszelkie stany depresyjne*, w tym jesienny spleen. Tak było pewnego razu w małym włoskim miasteczku, gdzie ja i A., obie napędzane Prosecco na zmianę z Lambrusco oraz lokalnym winem musującym Sangue di Giuda, kurowałyśmy się po psychicznych spusztoszeniach spowodowanych obniżonym ciśnieniem, frontami atmosferycznymi i innymi typowo listopadowymi przygodami.

Ale ile złamanych serc posklejały wariacje na temat Sowietskoje Igristoje! Gdyby poskładać te wszystkie rozmowy przy Bajkał Igristoje, Siemiennoje Igristoje, Carskoje Igristoje, Russkoje Igristoje i Bóg-wie-czym-jeszcze, wyszłaby gruba księga o rewelacyjnych właściwościach terapeutycznych. Szczególnie w połączeniu z ciepłym wieczorem, pobliską rzeką i bandą znajomych.

Bo te właśnie składniki najbardziej pasują do taniego musującego wina.


W takich okolicznościach przyrody najlepiej smakuje coś z bąbelkami


*to NIE jest zachęta do leczenia alkoholem. Umiarkowanie w jedzeniu i piciu receptą na powszechną szczęśliwość i dobrostan.
środa, 26 sierpnia 2009
Dotknąć pleśni
Nie znoszę ludzi udowadniających mi swoimi zdjęciami z wakacji "kto ma większego" w tej dziedzinie, albo usiłujących sprzedać mi różnego rodzaju "filozofie podróżowania". Dziękuję, mili państwo, Wasz lajfstajl nie jest dla mnie, zostawcie mnie i moje pieniądze w spokoju. Ja się po prostu lubię włóczyć. Po swojemu. A jeśli ta włóczęgo ma w sobie jakąś tajemnicę do odkrycia, tym lepiej.

Tego lata podróżowałam do własnych korzeni. Jakoś tak wyszło, choć miało być inaczej - miała być plaża, biały piasek, starzy znajomi i cudowna kuchnia włoskiej mammy. Tymczasem skończyło się na Mazurach i weekendowym wypadzie na północne Węgry.

Z tymi Węgrami było zabawnie, pomysł pojawił się nagle i zupełnie znikąd, ale napędzony entuzjazmem doczekał się realizacji. I tak w miniony piątek dziękowaliśmy Bogu za obie Madonny, bo dzięki nim odstaliśmy w pracy dzień wolny.

Hop w samochód i w trasę! Kierownica nagrzewała się jak patelnia, kiedy mijaliśmy kolejne miasta i opuszczone miejsca po dawnych granicach. Ukojenie nadeszło popołudniem - Miskolc - kąpiel w jaskiniach, liście sypiące się z drzew i wreszcie Tokaj - cichy camping nad cichą rzeką, mówienie łamanym angielsko-polsko-niemiecko-rosyjsko-węgierskim, zimna owocowa zupa w ciepły wieczór.

A potem zeszliśmy do piwnicy, wykopanej w połowie zeszłego tysiąclecia i tam dziwny pan z siwym gniazdem na głowie i oczami bohatera horroru o lalkach mówił do nas o winie na migi. Było ciemno, wilgotno, z głębi piwnicy sączyło się światło, a na ścianach - czarna, szlachetna pleśń uginała się pod dotknięciami jak gąbka, napełniała piwnicę dziwnym, ziemistym zapachem, a wino głęboką słodyczą. Wyszliśmy z siatkami pełnymi plastikowych butelek, w których rozczochrany pan zamknął doskonałe aszu, furmint, muskat i tokaj samorodny.

No? I kto mi powie, że lepiej do Egiptu oglądać piramidy i dawać bakszysz, skoro mogłam dotknąć czegoś, co zamienia wodę w wino?

PS. A ten pan poniżej jeszcze lepiej opowiada o podróżowaniu..


wtorek, 18 sierpnia 2009
Moja słodka Zakopianka
Któż myśli o Zakopiance inaczej niż z obrzydzeniem należnym tej highway through hell, wiecznie remontowanemu wyzwalaczowi zwierzęcych instynktów, przez który podróży nie życzy się nawet krwawym dyktatorom?

Ja i Maciek. Co więcej, od niedawna ta przeklęta przez naród trasa zmieniła się dla nas w drogę do słodyczy i szczęścia. Otóż trzeba wyjechać jakieś trzydzieści kilometrów za Kraków i dotarłszy do Myślenic nie mijać ich jak zwykle, ale skręcić w prawo, przy nowowybudowanym wiadukcie, minąć na wpół martwy dworzec autobusowy, a następnie podążać za zapachem świeżo upieczonego ciasta - i już! Jesteśmy w pracowni cukierniczej J.R.D Sawiccy.

A tam - drożdżówek przeróżnych od podłogi po sufit - z serem, z kakao, z makiem, z marmoladą, z jabłkiem i jagodzianki! Jakie oni tam mają jagodzianki...! Słodkie, świeże ciasto (często jeszcze ciepłe, bo sprzedają się jak - tak, tak - ciepłe bułeczki), pyszne borówki (a nie frużelina, niech ją piekło pochłonie) i delikatna, na wpół wypieczona beza na wierzchu - pycha!

Są też rewelacyjne rolady biszkoptowe. Na codzień takich ciast nie jadam, bo to co można dostać w większości cukierni smakuje jak E-475 pomieszane z E-300 i wyjątkami z tablicy Mendelejewa. Ale myślenicka truskawkowa rolada to zupełnie inna bajka. Ciasto jest puszyste, jak na biszkopt przystało, a masa naprawdę smakuje truskawkami, a nie aromatem identycznym z naturalnym.

No i lody własnej produkcji - nie sposób wyjść z cukierni bez nich.

A najlepsze są ceny. Drożdżówki kosztują 60gr/sztuka (fakt, że małe, ale przynajmniej nikt nie oszczędza na jakości), lody - złotówkę za gałkę, a rolada, jeśli się nie mylę, 12zł/kg. Ciast tam innych mają jeszcze co niemiara, ale ja wiem co lubię i tego się trzymam.

Następnym razem jadąc w Tatry zróbcie sobie przystanek w Myślenicach. Chociaż na moment świat stanie się zdecydowanie mniej straszny.
czwartek, 13 sierpnia 2009
Przeczytane.
Przeczytałem w Newsweeku z 3go sierpnia tekst o telewizyjnych kucharzach. To właściwie okraszony komentarzem zbiór krytycznych ocen i sądów ferowanych przez czwórkę specjalistów od zdrowej żywności. Artykuł prezentuje jednoznacznie negatywną ocenę ekranowych kucharzy, wskazując między innymi nadmierne ilości masła stosowane w ich przepisach. Rozumie się samo przez się, że nie mogę się z takim stanowiskiem zgodzić, a nawet, że jestem jego gorącym przeciwnikiem. No bo jak to tak? Bez masła? Do czego to podobne? Tekst był wzbogacony o kontekst międzynarodowy. W ramce zwrócono uwagę na krytykę jaka spadła na Brytyjskich TV chefs również za nadużywanie tłuszczu. Krytykiem w tym wypadku był "The Fat Panel" sponsorowany przez zrzeszenie producentów margaryny. :)

Przypomina mi to historię o badaniach z lat 20tych ubiegłego wieku kiedy to grupa poważnych amerykańskich naukowców dowodziła, jak niezbędnym i kluczowym posiłkiem jest śniadanie. Sponsorem badań był Kellogg's i inni producenci płatków śniadaniowych. 

W tym samym tygodniku znalazłem tekst Michała Zaczyńskiego "Nie wierzcie przewodnikom". Krótki felietonik o tym, jak to turyści chcą być bardzo kulinarnie miejscowymi i co z tego wynika. Ciekawe obserwacje grup turystów poszukujących "autentycznie miejscowej knajpki" z przewodnika, kończących w miejscu pełnym turystów z takimi samymi przewodnikami. Miło było poczytać kawałek nieźle napisanego tekstu o tym, że dobre rady mogą dotyczące kuchni i gastronomii mogą być tak samo dobre jak i złe, i że, odrobina umiaru, dystansu i zdrowego rozsądku to najlepsze rozwiązanie. Zarówno w podróży, jak i w kuchni.

Na koniec życzę wszystkim smacznego na śniadanie, obiad, kolację, lunche, brunche, podwieczorki i co sobie tylko wymyślicie. Margaryna? Osobiście wolę masło, ale nikomu niczego nie będę zabraniał.
 
1 , 2