Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
czwartek, 22 lipca 2010
Piekarnia a solarium dla chleba
Jak sama nazwa wskazuje, Sto procent masla w masle nie znosi przekretow z jedzeniem w roli glownej. Dlatego tak bardzo ucieszyla nas ta wiadomosc: dzieki staraniom Real Bread Campaign reklama Tesco, sugerujaca ze w przysklepowych piekarniach piecze sie chleb przygotowywany 'od zera' zostala zakazana. Tesco reklamowalo sie takim pieknym obrazkiem:



'Swiezy chleb. Pieczony i przygotowywany od zera w naszej przysklepowej piekarni. Przy uzyciu 100% brytyjskiej maki. Kazdy bochenek jest prawdziwie brytyjski. Z krwi i kosci [o ile tak mozemy powiedziec o chlebie :) - przyp. manra]'

Okazuje sie, ze Tesco faktycznie produkuje swiezy chleb w swoich piekarniach - dotyczy to jednak mniej niz 1/3 z nich. W wiekszosci - co pewnie nie jest dla wiekszosci z Panstwa niespodzianka - pieczywo sie tylko odgrzewa, czy tez 'odpieka', stad okreslenie 'solaria dla chleba', ktorym posluzyla sie Real Bread Campaign.

Reklama zostala uznana za wprowadzajaca konsumenta w blad, a Tesco otrzymalo zakaz jej rozpowszechniania.

I dobrze. Pieczywo z glebokiego mrozenia i podpieczone bulki do odgrzania w domu, o wiecznie tym samym smaku nasaczonej octem gabki*, majace z pieczywem tyle wspolnego co Jola Rutowicz z Barbra Streisand zdazyly juz prawie wyprzec prawdziwy chleb z brytyjskich sklepow. Uczciwy bochenek nie tylko kosztuje tu tyle co pudelko belgijskich czekoladek, ale co gorsza, bardzo trudno go dostac.


A jeszcze trudniej dostac swieze drozdze, szczegolnie w mojej okolicy. Ale ja sie nie poddaje. Mam chytry plan na ten weekend... Prosze oczekiwac relacji.

*z litosci nie wspominam o absolutnie obrzydliwym chlebie tostowym w tysiacu rodzajow

środa, 14 lipca 2010
Czy Brytyjczycy wiedzą, co jedzą?
W kraju Raymonda Blanca i Hestona Blumenthala, w kraju Jamiego Olivera, Nigelli Lawson, cydru, świetnych jabłek i doskonałych owoców morza, w mieście, w którym jest ponad 50 restauracji z gwiazdkami Michelin i przynajmniej 10 restauracyjek na każdej większej ulicy, w tym kraju i w tym mieście kupiłam ostatnio jogurt.


Jogurt pochodzi z "delikatesowej" linii jednego z supermarketów. A oto co jogurt zawiera:
- śmietana - 10%
- melko w proszku
- maliny - 13%
- kwasek cytrynowy
- skrobia ryżowa
- aromat
Zaraz zaraz, myślę sobie, jak to? A gdzie w jogurcie jogurt? Odkąd to jogurt składa się ze śmietany ze skrobią ryżową? Może to ze mną jest coś nie tak - pomyślałam i sprawdziłam różne dostępne mi źródła wiedzy: mamę, Maćka, a na końcu Wikipedię.
- Cha cha cha - zaśmiał się Maciek. - Straciłaś 69 pensów! 
- Oj, dziecko, czytaj etykiety - powiedziała mama.
A oto, co wypluła Wikipedia:

Jogurt (z tur. yoğurt), mleko bułgarskie – produkt mleczarski o dość gęstej konsystencji, sporządzany z mleka, w którym przez 4-8 godzin w temperaturze ok. 40°–50 °C rozwijają się bakterie (...)


No?! I gdzie w tym pudełku pełnym śmietany i ryżu część zasadnicza? Co z różnicami kulturowymi bakterii w angielskich i polskich jogurtach? Nie ma! Zabrali! Co to za jogurt bez żywych kultur bakterii, tego hymnu wczesnych lat dziewięćdziesiątych, kiedy rodził się wolny rynek i agresywny kapitalizm, a "żywe kultury bakterii" pochodziły z tej samej rodziny sformułowań z lepszego świata, co "bez namaczania"  i "wash and go"?

Nic mnie już tu, na tych wyspach, nie zdziwi. Różne rzeczy tu widziałam - ekshumację zwłok w drodze na plażę, zwycięzcę konkursu Toaleta Roku i Jude'a Law (a koleżanka spotkała w siłowni Amy Winehouse nago - nie wiem, jak to przeżyła, ale mam wrażenie, że wzrośnie mi ruch na blogu!), więc jakiś durny jogurt z ryżu nie zrobi na mnie wrażenia. 

Zresztą, Brytyjczycy wydają się przywiązani do swoich kulinarnych absurdów. Jednym z moich ulubionych jest 'your 5 a day', czyli 'twoje pięć porcji warzyw i owoców dziennie'. Na pudełkach i torebkach z owocami - oprócz tych, które kupujemy w warzywniaku od pana Patela - zawsze znajdzie się wypisana czyjąś elektroniczną rączką informacja, ile porcji naszego '5 a day' zawiera dane opakowanie. Jak wspaniale. Czuję się doprawdy u r a t o w a n a. Co ja bym zrobiła bez tej kluczowej informacji? Gotowa bym była zjeść mniej - a nie daj Boże: więcej! - porcji warzyw i owoców danego dnia - i rak/cholera/gruźlica/rzeżączka/jaskra/rumień gotowy!

Jest tez chleb. A raczej ten twor z najglebszych czelusci piekla, ktory z niewiadomych powodow Brytyjczycy nazywaja chlebem*. Twor ma konsystencje puchowej poduszki obleczonej w dziwaczna, niechrupiaca skorke, smakuje jak polaczenie herbatnika z niedopalkiem papierosa i paczka gumy balonowej, ale hej, swietnie sie tostuje i jest podobno doskonaly w polaczeniu z niskokalorycznym majonezem Hellmann's**, wiec swietnie sie sprzedaje. W zwiazku z procesem nowej kolonizacji brytyjskie sieci handlowe postanowily ostatnio poeksperymentowac z pieczywem 'etnicznym' - we wspomnianym supermarkecie mamy wiec pólke, z ktorej - oprocz karaibskiego chleba, ktory przypomina trzykrotnie sprasowana drozdzowke i ciagle czeka, az zdecyduje sie go skosztowac - mozemy wziac 'Polish Rye Caraway', polski chleb z zytem*** i kminkiem. Polski, ale wypiekany na zapleczu sklepu, zaloze sie z gleboko mrozonego ciasta (mmmm... not.). Kupilam go wczoraj za ciezko zarobionego funta, przynioslam do domu, przylozylam do niego noz, a chleb - majac kompletnie gdzies moje podekscytowanie - bezczelnie rozpadl mi sie w rekach. Dzieki, ASDA****. Swietna robota, ASDA. Nie ma to jak wychodzic naprzeciw potrzebom konsumenta, ASDA. Idz do diabla.

Tymczasem, kulinarnie, wydawaloby sie, swiadomi, mieszkancy wysp brytyjskich, w osobach redakcji Jamie Magazine, dokonali ostatnio wiekopomnego odkrycia. "O co chodzi z olejem rzepakowym? - pytaja dramatycznie - Ostatnio widzimy go wszedzie - na festiwalach smaku, w supermarketach, w delikatesach... Raymond Blanc jest wielkim fanem i mowi, ze z oleju rzepakowego przygotowuje sie doskonaly majonez! Czy olej rzepakowy to nowa oliwa z oliwek?". Jestem pelna podziwu. Kto by pomyslal, ze z oleju rzepakowego mozna przygotowac doskonaly majonez, nie mowiac juz o tym, ze 'ostatnie badania olejow jadalnych (!) pokazuja, ze olej rzepakowy jest bardzo zdrowy (!!)'. Dobrze, ze jest Jamie Magazine i jego redakcja, niosaca kaganek oswiaty.

Ale dosc brzydkiego wysmiewania sie. To nie jest 'good for you'. Bo, jak wiadomo, na Wyspach wszystko musi byc 'good for you', stad akcja 'your 5 a day', zachecanie do jedzenia ciemnego pieczywa, ktore jest jeszcze bardziej obrzydliwe niz biale, katowanie sie drinkami z trawy, salatkami oblanymi ohydnym dressingiem i liczenie gramatury tluszczu w kazdym zjadanym krakersie. Jak to powiedziala moja nowa znajoma, widzac jak polewam porcje truskawek slodka smietana: 'To na pewno pyszne, ale to nie jest good for you'.

Przed szalenstwem uchroncie mnie, bogowie.



*Ingredients: Wheat Flour, Water, Yeast, Salt, Soya Flour, Vinegar, Vegetable Oil, Fermented Wheat Flour, Emulsifier: E472e; Flour Treatment Agent: Ascorbic Acid (Vitamin C).
Mmmm... kanapka z serem, pomidorem, maslem i E473e...pycha!

**
Hellmann's® is made from real, simple ingredients – vinegar, oils rich in Omega 3 and Omega 6, and now cage-free eggs.
Oh, sorry, we forgot E520(or something), preservatives and water, water, lots of water!

***celowo 'z zytem', a nie 'zytni'. Chyba sie rozumiemy?

****to wlasnie ten supermarket.