Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
piątek, 31 lipca 2009
Przed wyjazdem. Falafel i leczo.
Odetchnąłem ciężko. W końcu udało się na chwilę usiąść, chociaż też niespokojnie, bo wiem, że jeszcze dużo do zrobienia i na pewno o czymś zapomnimy, a do tego pewnie będziemy spóźnieni. Ostatnie parę dni przed wyjazdem to wariacka gorączka i szaleństwo.

W tym właśnie szaleństwie wpadłem na pomysł żeby pierwszy raz samodzielnie zrobić falafel. Na szczęście było to jeszcze kilka dni temu, bo dziś mimo chęci bym się nie podjął tego zadania. Falafel jadłem kilkukrotnie na Wyspach Brytyjskich, a także w Hiszpanii i zawsze mi bardzo smakował. Zgnieciona gotowana cieciorka z dodatkiem aromatycznej kolendry i kminu rzymskiego, z zielonymi kawałeczkami listków pietruszki, uformowana w niewielkie kulki albo małe placuszki, a następnie usmażona na chrupko to jeden z moich osobistych kluczy do zrozumienia wegetarian. Falafel podaje się najczęściej zawinięty w pitę razem z pokrojonym pomidorem, ogórkiem, sałatą, cebulą i oczywiście sosem. Co ciekawe w Egipskim McDonaldzie podają nawet McFalafel. Północnoafrykański WieśMac.

Nie mogłem się doczekać jak uda się z domowych warunkach i czy się uda.  Posłużyłem się z grubsza przepisem znalezionym tutaj. Oczywiście nie obyło się bez drobnych modyfikacji, ale to ten przepis był bazą. Ciasto uzyskane po wymieszaniu składników pięknie pachnie i ma ciekawą konsystencję: ni to ciasto, ni masa, ot takie coś. Łatwo się formuje i świetnie smaży - trzeba tylko pilnować, żeby olej miał odpowiednią temperaturę. Jeśli będzie zbyt zimny, kulki będę się rozpadać i "pić" tłuszcz jak gąbka.

W czasie smażenia dobrze zrobić sos. Może to być pasta tahini z przyprawami i odrobina wody, chociaż mnie bardzo smakuje z sosem na bazie jogurtu. Do usmażonych na złoto i osączonych z nadmiaru tłuszczu kulek podajemy warzywa i pitę. I tyle. Aha, tylko lojalnie ostrzegam: to jest super pyszne i zdradliwe jedzenie. Syci błyskawicznie i grozi ciężkim obżarstwem.

A leczo ja, zdeklarowany mięsożerca, który ku własnemu zdziwieniu coraz częściej w kuchni romansuje z warzywami, zrobiłem wczoraj na specjalne zamówienie. Manra prosiła przez telefon, więc wybrałem się do sklepu po pomidory i paprykę.

Przypomniało mi to leczo pierwsze moje spotkanie z tym przysmakiem. Miałem wtedy mniej niż dziesięć lat. Może siedem, może osiem, nie pamiętam. Pamiętam za to stół w kuchni w bloku z wielkiej płyty, przede mną okno i widok na drzewa, których już dziś nie ma. Pamiętam też, pachnącą i parującą potrawę w mice przed moim nosem. Nie chcę, nie będę... to jest niedobre. Tak mówiłem, mój ojciec zapowiedział, że nie odejdę od stołu póki nie zjem. Nie miałem wyjścia, i powoli, ostrożnie zanurzyłem łyżkę w misce. Nabrałem nie więcej niż połowę łyżki i podniosłem z niepokojem do ust. Przełknąłem, nabrałem drugą łyżkę. Na twarzy cały czas utrzymywałem grymas mocnego niezadowolenia. Tata patrzył. Przygładał się, jak jadłem leczo, którego tak nie lubiłem jeszcze przed spróbowaniem. Obserwował mnie z zaciekawieniem, do momentu, w którym skończyłem jeść, popatrzyłem na niego i zapytałem: "Mogę jeszcze?"

Dziś mogę sobie tylko zadawać to pytanie i też w pewnym sensie mieć do Taty pretensje. Dlaczego odbierać dziecku przez tak długi czas dostęp do czegoś tak pysznego?

Przepisy na leczo znaleźć można w wielkiej ilości w sieci, ale potrzeba do niego tak naprawdę tylko pomidorów, cebuli, papryki, czosnku, sproszkowanej papryki, soli i pieprzu. Pachnie wspaniale, wygląda świetnie a smakuje tak, że - no cóż - zawsze chce się jeszcze.

Leczo i falafel zostały zjedzone, walizki prawie spakowane, a bak zatankowany do pełna. Nie będzie nas przez dwa tygodnie. Kierunek: Mazury. Ja nigdy nie byłem, więc Manra będzie mnie oprowadzać. Mam nadzieję na cudowne wrażenia i wspaniałości kulinarne. Będziemy oboje pisać o tym i o innych rzeczach po powrocie.


wtorek, 28 lipca 2009
Daleko od "Misia". Bar mleczny Krakus.
"Ręce precz od barów mlecznych" brzmiało hasło głośnego protestu miłośników taniego jedzenia. Z dumą zaliczam się do nich podpisując się oburącz pod petycją o utrzymanie dotacji dla barów mlecznych. A szczególnie dla "Krakusa".

Ponad dziesięć lat temu w poczekalni kieleckiego sądu jadłam krokieta przyniesionego z pobliskiego baru mlecznego. Niewiele czasu minęło, odkąd runął mur, a moja mama nie mogła uwierzyć, że tego typu przybytki jeszcze istnieją. Pamiętam, jak zdziwiła ją tablica z przesuwanymi literami i cyframi, relikt poprzedniej epoki.

Minęły pokolenia, w rzekach mnóstwo wody upłynęło, zdemaskowano kilkudziesięciu byłych agentów SB, a bary mleczne jak stały, tak stoją. I różnie się mają. Z tych krakowskich odwiedziłam prawie wszystkie: Flisaka, Temidę, Żaczka, Filarki, Kazimierz, Barcelonę, bary w Hucie, których nazw nie pamiętam... Ale tylko jeden stał się miejscem zbrodni (prawie) doskonałej.

Bar mleczny "Krakus" mieści się w Podgórzu, przy sympatycznej ulicy Limanowskiego. Ściany ma czyste, krzesła całe, kwiatki sztuczne, a toaletę na kluczyk. Byliśmy tam kiedyś z niejakim Rafałem, mieszkańcem sąsiedniej kamienicy, na szybkim obiedzie i pogaduchach o problemach współczesnego świata. W kieszeniach smutno pobrzękiwały nam drobne monety, zamówiliśmy więc, na pół, zupę pieczarkową i kotleciki ziemniaczane.

- Pieczarkowa!! - krzyknęła pani zza kontuaru. Powlekłam się odebrać gorący talerz i sztućce (płatne dodatkowo i obowiązkowo - 3 grosze sztuka). Była ciepła (plus), mączna (minus), ale słona w granicach rozsądku (plus). Pożarłszy należną mi część, oddałam zupę Rafałowi. Jadł i jadł, machając plastikową łyżką, a ja zastanawiałam się, gdzie może podziewać się drugie danie. Wreszcie, kątem oka dostrzegłam na ladzie dymiące kotleciki oblane sosem. Przyniosłam talerz i rozkroiłam jeden z nich. Coś było nie tak.

- Rafał, jakieś dziwne te ich kotleciki. W ogóle nie smakują jak ziemniaczane. - stwierdziłam.
Na to Rafał podniósł głowę znad talerza:
- Nic dziwnego. To jest mielony.
Zgłupiałam. 
- Ziemniaczane! - krzyknęła pani. Odwróciłam głowę i wszystko stało się jasne. Na ladzie leżał talerz, a na nim kotleciki ziemniaczane z sosem pieczarkowym. Spojrzeliśmy z Rafałem po sobie. Nie było z czego dopłacać, musieliśmy więc szybko zatrzeć ślady, nim ktokolwiek się zorientuje. Jedliśmy w tempie turbo. Udało się, z piętnem zbrodni wyrytym w sumieniu opuściliśmy lokal.

Jakiś czas później postanowiliśmy zmyć nasze winy. Kotleciki ziemniaczane okazały się doskonałym pomysłem na studencki obiad, za nieco ponad 3 złote dostaliśmy przyzwoite, świeże jedzenie -co nie jest w barach mlecznych standardem - w ilości wystarczającej, by ukrócić marzenia o deserze. Co więcej, na ścianach nie wisiały nasze zdjęcia z adnotacją "Tych państwa nie obsługujemy" i obsługa była w miarę miła, jak zwykle. Dają tam też pyszny, świeży kompot za mniej niż złotówkę,  niezłe pierogi w wielu odmianach i kilka zupełnie nie-mlecznobarowych dań, jak ananas w cieście, naleśniki ze szpinakiem, makaron po włosku czy - specjalność zakładu - kotlet podgórski. Ja polecam natomiast naleśniki "delicje" - z powidłami i białym serem, podawane z polewą i bitą śmietaną - wszystko w cenach bardziej niż przyzwoitych.
 
Jeśli jesteś w odwiedzinach w Podgórzu, nie waż się ominąć tego miejsca. Spotkasz tam wszystkich i wszystko, co w tej dzielnicy najważniejsze. A jeśli mieszkasz w okolicy - koniecznie wykup obiady abonamentowe. Ręczę za ich zbawcze działanie na kieszeń i zestresowany organizm.

tekst oryginalnie opublikowany w portalu glebiasmaku.pl

piątek, 24 lipca 2009
O wyższości ziemniaka.
Mój serdeczny przyjaciel kiedyś powiedział, że dzień bez ziemniaka to dzień stracony. Dla niego mógł to być ziemniak w zupełnie dowolnej formie, ale musiał być. Podobnie myśli wielu, a nawet bardzo wielu Polaków. Nawet mówi się, że Polska, to ziemniaczano - wieprzowy kraj. Standard niedzielny: schabowy i ziemniaki.

W ostatnich latach widać jednak coraz większe grono tego ziemniaka oponentów, głosicieli nowej myśli, korporacyjnych zjadaczy sushi, makaronowych fanatyków czy też stronników ryżu. Wiele można znaleźć alternatyw dla ziemniaka, bo i kasza taka lub inna czy rzeczony ryż i makaron, kluseczki wszelkiej maści. Słowem, cuda na kiju.

A ja mam sentyment do tego ziemniaka w różnych formach i, choć często go zastępuję, bo nie lubię obierać , to król ziemniak powraca. Sęk w tym, żeby potraktować go z równą fantazją i otwartością z jaką traktujemy jego konkurentów. Coś dodać, albo ująć, pobawić się, poeksperymentować i poszukać.

Poszukałem. I znalazłem u Jamiego Olivera cytrynowe puree. Niezwykle prosta rzecz do zrobienia, bo należy ugotowanie ziemniaki utłuc z masłem, mlekiem i pieprzem, a następnie dodać sok wyciśnięty z połowy cytryny oraz startą z niej skórkę. Lubię dodać do tego jeszcze posiekaną natkę pietruszki, ale to już moje widzimisię.
Ziemniaki cytrynowe to świetna sprawa, szczególnie w letnie dni. Pasują do ryby, ale też i do pieczonego albo grillowanego mięsa czy warzyw. Gorąco polecam.


08:37, maciekem , Kuchnia
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 lipca 2009
Polędwica z łososia
Sieć supermarketów Alma (nazywających siebie w średnio uprawniony sposób delikatesami) przysyła mi gazetki reklamowe. Zawsze je czytam, gazetki reklamowe to jedyna darmowa prasa, jaka dociera na Ulicę Za Nowym Mostem. Dobre do przejrzenia przy śniadaniu albo w poczekalni u lekarza.

Przeglądam więc jedną taką i co widzę? "Polędwica z łososia w ziołach". Zaraz, polędwica z łososia? Może łososiowa? Może soczewki szwankują? Przecieram oczy. Zamykam- otwieram - i nic. Reklama polędwicy z łososia okazuje się jak najbardziej rzeczywista.

Myślę: chwila. Czyżby coś mnie ominęło? Przecież od czasów pamiętnego oświadczenia ministra Orzechowskiego i odnalezienia brakującego ogniwa media nie donosiły o żadnych przewrotach w teorii ewolucji.

Może ostatnio wybuchł jakiś reaktor albo radioaktywne substancje pozamieniały ryby w przerażające, międzygatunkowe mutanty?

Ale przecież Alma nie może się mylić. Przeglądam Wikipedię, Brittanikę i Encyklopedię PWN oraz wszystkie dostępne słowniki kulinarne.

- Polenta, pole truskawkowe, polędwica wołowa, polędwiczka wieprzowa...

Niestety, rzeczywistość encyklopedyczna milczy na temat zjawiska. Rzeczywistość supermarketowa - bynajmniej. A mnie nadal interesuje, z jakiejż to części łososia pochodzi ta polędwica?

Może gdzieś obok żeberek? Albo między bulwą a natką?


 
1 , 2 , 3