Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
środa, 20 kwietnia 2011
piknik. 30 minut.
W księgarniach od stosunkowo niedawna można dostać książkę Jamiego Olivera "30 minute meals". Książka bije rekordy popularności i chyba już osiągnęła status najlepiej sprzedającej się książki kucharskiej wszech czasów. Cóż, chylę czoła przed sprawnością marketingowców koncernu J. 


Książkę przejrzałem, podoba mi się nawet bardzo, ale z zakupem spokojnie poczekam aż zawędruje na półkę któregoś z charity shopów. Coś jest takiego w szybkim, łatwym i prostym jedzeniu, ze niemalże co dnia z nim obcuję. To zupełnie naturalne, że czegoś się zachciewa o zupełnie niewłaściwej porze (albo właściwej, ale to już inna dyskusja) i trzeba stanąć przy kuchni. Czasem też to kwestia stanięcia na wysokości zadania, bo nie tylko własny apetyt do nasycenia. Stałem sie tym samym samozwańczym ekspertem od potraw przygotowywanych w czasie gotowania ryżu. 

Ryż gotuje się jakieś dwadzieścia minut, makaron podobnie jeśli dodać czas potrzebny do zagotowania sporej ilości wody w garnku. Dwadzieścia minut zatem, w porywach do trzydziestu to mój ulubiony limit czasu gotowania. Takie ograniczenie wymusza pewne podejście tak do wyboru składników, jak i ich obróbki. Zapomnieć trzeba o długich ceregielach i wielogodzinnym pieczeniu w niskiej temperaturze. Tym razem jednak, ryż i makaron poszły w odstawkę. Piknik, czyli lekko, szybko, i przyjemnie, a dodatkowo łatwo i bezpiecznie do spakowania i transportu. 

Wierzcie lub nie, ale w 25 minut zrobiłem następujące rzeczy w jednym garnku oraz woku (o woku już kiedyś było i ciągle go uwielbiam): Bakłażan z pomidorami i cieciorką, cukiniowe papardelle i grzyby na oliwie. 



Wszystko dla dwóch osób, ale i dla trzech by wystarczyło, a zwiększenie ilości wydłuża proces o jakieś trzy minuty. Zacząłem od bakłażana, który potrzebny jest jeden, a do niego cebula (pół zupełnie wystarczy), czosnek, cieciorka (z puszki, ale jak komuś się chce to może namoczyć dzień wcześniej suchą), jeden sporej wielkości pomidor, cytryna, kolendra mielona, kumin, kurkuma, sól, pieprz.

Przygotowanie jest oczywiście bardzo proste. Cebulę drobno posiekać, czosnek zgnieść i posiekać. W rondlu zagrzać trochę oliwy i dodać kumin oraz kolendrę. Jak zaczną pachnieć wrzucić cebulę, a po dwóch trzech minutach czosnek. W międzyczasie pokroić bakłażana w dość drobną kostkę (albo większą jak ktoś woli, tyle że troszkę dłużej będzie musiał być w garnku) i dodać do rondla. Połówkę cytryny pokroić w cienkie plasterki i od razu dorzucić do bakłażana. Wymieszać. Pokroić pomidora w kostkę pozbywając się nasion. Co jakiś czas (w moim przypadku co chwilę :) mieszać. Po jakichś trzech minutach dołożyć pomidory i znowu wymieszać trzymając ciągle na małym ogniu.

Teraz można zająć się pozostałymi przekąskami. Cukinie można obierać lub nie. Te, które miałem do dyspozycji były trochę poobijane więc obrałem, ale zwykle tego nie robię. Niezależnie od stanu obrania cukinii należy przekroić je wzdłuż na pół (w naszym pikniku wzięły udział trzy niewielkie cukinie, czyli mniej więcej można liczyć jedną na osobę), a następnie w cienkie paski. Stąd też i nazwa "robocza" papardelle. Taki makaron, to długie szerokie wstążki. W woku rozgrzewamy trochę oliwy i wrzucamy paski cukinii. Do tego rozgnieciony ząbek czosnku, ale z tym ostrożnie, bo łatwo się przypala i staje się gorzki. Sól, pieprz i pokrojone w cienkie plasterki czerwone chilli (nie musi być zbyt ostre). Tak pokrojone cukinie w gorącym woku gotowe są dosłownie po chwili (3 minuty, może 4), więc trzeba ich pilnować. Na wierzch posiekana natka pietruszki albo kolendry i trochę oliwy. Ja dodałem pomarańczowej, ale może być właściwie jakakolwiek (wszak warto eksperymentować) albo zwykła extra vergine.

Teraz w bakłażanie (mieszanym od czasu do czasu) powinien się już wytworzyć ładny sos z pomidora, więc należy go zamieszać i zająć się grzybami. Tutaj jest już zupełnie najprościej. Pieczarki, czosnek, sól, pieprz i pietruszka, a także odrobina masła na koniec. Grzyby zależnie od wielkości kroimy, lub nie. Ja miałem duże, więc należy dodać minutę na ich krojenie. Proponuję grube plastry, połówki albo wręcz całe (jak mniejsze). W ten sposób trzymają formę i milej się je zjada. 


Znowu w woku (już nie powinno w nim być cukinii) rozgrzewamy trochę oliwy i dodajemy pokrojone grzyby. Dalej czosnek analogicznie jak w przypadku cukinii. Pieprz i sól. Będziecie wiedzieć kiedy są gotowe, bo będą miały piękny złoty kolor jak to grzyby z patelni. Na koniec, przy wyłączonym już gazie, dodałem kawałek masła i wymieszałem. Jak już się rozpuściło i sprawiło, że złote pieczarki pokryły się lśniącym, pysznym maślanym filmem dodałem trochę posiekanej natki.

Kiedy grzyby smażą się w woku, do bakłażana dodajemy odcedzoną cieciorkę. Mieszamy. Od tej chwili potrzeba tylko trzech, czterech minut żeby wszystko się dobrze zagrzało. Dalej sprawdzić trzeba tylko czy dobrze doprawione, dorzucić posiekanej kolendry i zapakować. 

Jak obiecałem jest łatwo i szybko. Nawet mało doświadczona w kuchni osoba poradzi sobie z tymi trzema przekąskami w mniej więcej pół godziny. Jedyne czego trzeba to wszystko sobie poukładać na blacie roboczym żeby było pod ręką w czasie gotowania. Można też dość łatwo wzbogacić te drobne potrawy dodając na przykład pokrojone w paski piersi z kurczaka. 

Do tego owoce i pieczywo. Bagietka sprawdzi się doskonale, podobnie jak podgrzana pita lub naan. Lekkie jedzenie, więc i lekkie napoje. Ulubiony ostatnio cydr, lekkie białe wino i woda. Jeszcze tylko serwetki sztućce i talerze. To wszystko do plecaka, hop na rower i migiem do najbliższego parku. No, ale pakowaniem zajmowała się druga para rąk czyli Gosia. Wszystko wspaniale zapakowała i pojechaliśmy. 



Myślę, że idea szybko przygotowanych posiłków warta jest promocji. Trzeba też mówić głośno i szeroko, że szybkie jedzenie nie musi być gotowym posiłkiem odgrzewanym w mikrofalówce.