Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
czwartek, 24 grudnia 2009
Największy nieprzyjaciel karpia
Życzenia od Henia (oraz innych kotów):


a od nas - wszystkiego pysznego, wszystkiego ciepłego i wszystkiego dobrego. Niech się święci bez zmartwień, spokojnie i słodko. Wesołych świąt.
piątek, 11 grudnia 2009
Biały ser, żółty ser oraz yes,sir
Wprowadził się do nas Anglik. To znaczy, nie do nas do mieszkania, ale do nas do rodziny. Właściwie to też taki nie do końca Anglik, bo teoretycznie pół-Polak, pół-Anglik, ale po polsku umie powiedzieć tylko "cieść" i "smaku" (tego ostatniego nauczył się z telewizji, z reklamy majonezu) i bardzo zaskoczyły go flaki (oraz angielskie wersje menu w polskich restauracjach, ale o tym kiedy indziej).
No, w każdym razie wprowadził się Anglik, ze wszystkimi swoimi angielskimi rzeczami, jak toster, Marmite, cross trainer, który zajmuje pół pokoju i nieśmiertelne "Would you like a cup of tea?".

Z Anglikiem mamy wspólne hobby - gotowanie, jedzenie i picie wina. Siedliśmy więc kiedyś - my,on i moja siostra, a jego przyszła żona - przy jakiejś kolacji i on zaczął się żalić:
- Ach, jak ja zjadłbym dobrego sera. Dojrzały cheddar mi się marzy.

I żal nam się go zrobiło, bo jak tu żyć w kraju, w którym - jak to określiliśmy kiedyś - produkuje się tylko dwa gatunki sera: ser biały i ser żółty. W Krakowie mamy dobrze, bo jest jeszcze bundz, bryndza, oscypek i redykołki, ale przecież też nie wszędzie. Więc biały ser, żółty ser. Królowie naszych sklepów i restauracji. Półki sklepowe zróżnicowane jak flaga Watykanu.

Importowane sery są - i owszem. A także swojskie wariacje na temat, czyli "sery typu". Ale porządnego polskiego, dojrzewającego sera spoza Podhala ze świecą szukać. Gdzie nam tam do Francji, z gatunkiem sera na każdy dzień roku...

Są jednak jaskółki, co - mam nadzieję - wiosnę zaczną czynić. O jaskółek takich całe stada proszę Bozię codziennie przed snem. Jedna z nich wylądowała właśnie na ulicy Zwierzynieckiej i nazywa się Spiżarnia Kwiecińskich. I tam, drodzy Państwo, dostać można rewelacyjne podpuszczkowe sery z Wiżajn (uznane zresztą jakiś czas temu za produkt tradycyjny przez Bardzo Mądrych Urzędników z Unii). Z czarnuszką, z bazylią, z orzechami - do wyboru, do koloru. Mają tam też rozmaite piwa o śmiesznych nazwach, dobre pieczywo i wędliny z Liszek (polecam kukiełki), różne rodzaje mąki, których w przeciętnym sklepie nie uświadczysz i mnóstwo innych cudów. Trudno tam trafić, bo się schowali w oficynie, ale kto nie szuka, ten błądzi.

Anglik niech sobie cheddar kupi w Almie albo innym Bomi. Od nas dostał do ręki ulotkę informacyjną sklepu i wybiera się na wycieczkę. Niech się uczy miasta, niech się uczy kraju. Najlepiejprzez kubki smakowe.
czwartek, 10 grudnia 2009
Magisterka o zapachu bergamotki
Zbliża się Ostateczny Termin Oddania Pracy Magisterskiej. Ugrzęzłam w tonach różnej maści papierów - kserówek, książek, wycinków z gazet lub czasopism. Do tego jakieś peddefy, prezentacje w pałerpojncie i stare prace zaliczeniowe w rozmaitych formach. W mojej głowie miasto, za oknem miasto, na monitorze miasto, w porozwalanych po domu książkach też miasto. Nie mam zupełnie czasu myśleć o niczym innym. Aktywność cukiernicza ograniczona do minimum. Jedzenie istnieje gdzieś w tle.

W podróży przez mękę towarzyszy mi tójkątny kubek. A w kubku herbata. Porzuciłam kawę, która drażniła skołatane nerwy, na rzecz pachnącego bergamotką Earl Greya  i jego szlachetnej towarzyszki Lady Grey. Herbata i kocyk pomagają odbić się od dna, spędzamy więc razem wieczory i weekendy. Maciek i koty z zazdrością patrzą na trójkątny kubek. Ale już niedługo. Została mi już tylko ostatnia torebka Lady Grey. I o teraz?!