Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
poniedziałek, 08 listopada 2010
Dobra Kolacja. 100%

Witam serdecznie naszych czytelników. Spałem dosyć długo. Dni, tygodnie, a w końcu miesiące mijały bez nowych wpisów z mojej strony. Coś się zacięło, ale bez obaw: nie przestałem gotować, łazić po różnych zakątkach, zjadać pyszne (i mniej pyszne) potrawy, próbować nowego i wracać do znanego dobrze. 

Dzisiaj powód przebudzenia jest szczególny. Młody człowiek, Kuba potrzebuje pomocy. Jest poważnie chory. Nie zastanawialiśmy się długo i postanowiliśmy zrobić co możemy, żeby coś ruszyć. Bogacze z nas raczej kiepscy, więc postanowiliśmy zorganizować kolację. Pierwsza w Londynie, bo tu jesteśmy. Termin to początek grudnia, miejsce to niezwykle ciepły i gościnny dom naszego znajomego Shamira. Będziemy gotować, karmić, poić i zabawiać dwójkę szczęśliwych zwycięzców aukcji zamieszczonej na Allegro.


Można spodziewać się najlepszej atmosfery, fajerwerków kulinarnych z udziałem tajnych składników, dobrego wina, boskiego deseru (właśnie jem szarlotkę autorstwa Gosi, więc wiem co mówię) i oczywiście domowego chleba z masłem.

W planach mamy jeszcze drugą kolację w Krakowie lub okolicach, ale jeszcze nie ma szczegółów. Sami rozumiecie, terminy ciasne i święta coraz bliżej. Wkrótce na blogu Maćkowe nadrabianie zaległości. Działo się, i dzieje wiele na kulinarnym poligonie. Wizyty gości, jedzenie zwykłe, niezwykłe miejsca i wiele innych atrakcji.

Relacja z przygotowań i samej kolacji oczywiście również pojawi się na blogu. Zapraszam jeszcze raz na kolację i do licytacji.

niedziela, 07 listopada 2010
Więcej liberalizmu przy garach!
Robiłam niedawno porządek w moich szpargałach i wpadły mi w ręce bierki. Bierki dumne, drewniane, marki Mikado - pamiętam dobrze, prezent od Cioci z Anglii. Otworzyłam pudełko i wypadła z niego kartka. Na kartce stało, nakreślone starannym, dziecięcym pismem: 'JEDYNE PRAWDZIWE ZASADY GRY W BIERKI'. 

I fruu, wyobraźnia poszybowała do tamtego zimowego popołudnia, kiedy we trójkę siedzieliśmy w pokoju obok tatowej kancelarii i z pasją oddawaliśmy się jednej z pierwszych w życiu kłótni o zasady.
- Jak dotkniesz, to możesz wziąć tą, której dotknąłeś! - przekonywał Braciszek.
- Nie możesz! Tracisz kolejkę! - stwierdzała Siostra.
- Jak ona dotknie, to ja biorę tę bierkę, a ty czekasz kolejkę. Jestem najstarsza i mam rację, a wy macie mnie słuchać - mówiłam ja.
W końcu postanowiliśmy, niczym ojcowie demokracji w osiemnastowiecznych Stanach, spisać nasze prawa i obowiązki na papierze i od tej pory przestrzegać ich jak przykazań.

Dziś sama jestem ciocią z Anglii i moje podejście do zasad i przykazań trochę się zmieniło. Szczególnie w kuchni. To nie znaczy, rzecz jasna, że nagle zaczęłam gotować jajka na twardo pół godziny albo usiłować przyspieszyć działanie drożdży proszkiem do pieczenia (ahahaha!!! szaleństwo!!!). Chodzi nie o podstawy, ale o część twórczą. O komponowanie potraw, o myśl, o przepisy.

Przepisy kuchenne traktuję jak wszystkie inne przepisy. Co wartościowe - zachować. Co bez sensu - zmienić albo zlekceważyć. Co ciekawe - wypróbować. Nie zamierzam oblewać ryby z frytkami octem (ani nawet sokiem z cytryny) tylko dlatego, że ktoś uznaje to za akt uprawomocnienia potrawy. Jednocześnie, jeśli chcę ubić pianę z białek, to nie kombinuję - używam trzepaczki albo miksera zamiast, na przykład, tłuczka do mięsa.

Dlatego niezmiernie mnie dziwi pojawiające się w dyskusji o kuchni przekonanie rodem z 'Dnia Świra' - "moja racja jest najmojsza", tudzież "to jest jedyny prawdziwy przepis na tę potrawę". Weźmy na przykład taką zupę cebulową, klasyczną potrawę kuchni francuskiej (mówimy 'klasyczną' i od razu wpadamy w to szaleństwo, bo to najwięcej osób zdaje się posiadać 'jedyne prawdziwe zasady' właśnie w przypadku 'klasycznych' potraw). A więc zupa cebulowa - ja ją lubię z białym winem i drobnymi grzaneczkami, które do talerza dodaję sobie sama, po trochu, dzięki czemu są miłym, chrupiącym dodatkiem, a nie nasiąkniętym zupą kapciem. Och, jak mi się za to kiedyś oberwało. 

- Do fhącuskiej zupy cebulowej się daje porządną grzankę zapieczoną z serem, a nie jakieś popierdółki - powiedział Strażnik Jedynych Prawdziwych Zasad Gotowania Zupy Cebulowej. - Taka zupa bez grzanki to żadna zupa cebulowa - dodał i zrobił minę dwunastolatka, który właśnie barwnie wytłumaczył młodszemu bratu, że dzieci nie znajduje się w kapuście.
- Goń się, ciulu - odpowiedziałam mu po krakowsku i napchałam sobie usta zupą, żeby ostatecznie zamknąć temat. 
Kilka lat później ze znajomym Francuzem wyśmiewaliśmy tę sytuację, zgadzając się co do tego, że wersji francuskiej zupy cebulowej jest tyle, ile gotujących ją ludzi. Wersja z karmelizowaną cebulą, wersja z niekarmelizowaną cebulą, wersja z winem i bez, wersja z razowym chlebem gotowanym w zupie, wersja z przykrywaniem zupy 'pokrywką' z sera itd. itp. itd.

Kiełbaski z ogniska. Każdy ma na nie najlepszy przepis (ja lubię lekko przypaloną, jako dodatek akceptuję wyłącznie kubek grzanego wina)

Podobnie jest z innymi 'klasycznymi' potrawami, jak kurczak Tikka Masala, zielone curry, hamburger, humus, leczo, czy - po co szukać daleko - bigos. Co kuchnia, to przepis, to inna mieszanka przypraw i nieco inne proporcje. Jakże smutne byłoby życie, gdybyśmy nie mogli pozachwycać się nowymi wersjami czegoś, co już znamy, by oczywiście na końcu uznać, że my i tak to robimy lepiej. Nasze ulubione sąsiadki straciłyby połowę tematów do rozmów (- A próbowałaś, Jadźka, tej sałatki u Teresy na imieninach? No, niezła, niezła, ale ty mi powiedz, po cholerę ona tyle pieprzu dała? Tak mnie potem w język piekło, że hoooo!), a my nie mielibyśmy okazji sporządzić naszego prywatnego rankingu pierogów, w którym udział brały, obok naszych rodziców, dziadków i dalszych krewnych, również restauracje, mniej lub bardziej podłe bary i producenci mrożonek - zainteresowanych wynikami prosimy o kontakt e-mailowy.

Oczywiście, są wyjątki. Wołowina Wellington czy Pavlova mają swój początek zapisany w encyklopediach, gdzie jasno wskazuje się posiadacza Jedynego Prawdziwego Przepisu na daną potrawę. Ale w przypadku potraw tradycyjnych, jak wspomniany bigos, rosół albo kurczak jerk, właściwie tylko rdzeń przepisu pozostaje niezmienny, przyprawami i dodatkami zaś można dowolnie manipulować.

No chyba, że jest się restauracją. W takim wypadku zbyt daleko posunięty kuchenny liberalizm może prowadzić do katastrofy. Takiej, jakiej byłam ofiarą w pewnej restauracji na F. na ulicy Sławkowskiej w Krakowie, gdzie zamówiwszy zupę cebulową zostałam poczęstowana smutnym, cienkim rosołkiem z olbrzymią ilością oregano. Albo taką, jaka spotkała gości jednej z restauracji w programie 'Ramsay's Best Restaurant', którzy swój kotlet barani dostali... w kieliszku. W postaci płynu. Warto więc - drodzy właściciele restauracji i szefowie kuchni, to do Was się tu zwracam - zadbać o to, żeby wszelkie kuchenne ekstrawagancje opisywać w karcie dań; dzięki temu mniej będzie rozczarowanych gości. Ale to już temat za zupełnie inny wpis.