Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
wtorek, 24 listopada 2009
Maciek w szlafroku. Jajo w koszulce.
Tak, właśnie w szlafroku. Zdecydowanie nie jest to codzienny widok. Szlafrok, jeśli już jest na moim grzbiecie, nie zwiastuje nic dobrego. Właściwie to nie mówi nic dobrego. Znaczy ni mniej, ni więcej, a tyle, że coś mi dolega. 

Była niedziela, a szlafrok przywdziałem, bo strzykało, gniotło i bolało. Odpowiednio; krzyż, żołądek i głowa. Stan zaiste godny pożałowania. Jeden z tych dni, kiedy człowiek mówi sobie, że skąd już nigdy więcej, że po co to było człowiekowi. No, sam sobie człowiek winien. Ekscesy sobotniej nocy mimo całego doświadczenia potrafią niemal każdego omamić i jak to pięknie napisał Świetlicki w jednej ze swoich książek "alkohol zamawiał alkohol". 

Piękna pogoda potęgowała ogólne przygnębienie, bo jak tu wyjść i cieszyć się jesiennym słońcem, kiedy ...kto przeżył ten wie. 
W głowie kołatała się jednak myśl, że poza aspiryną i wodą mineralną istnieją specyfiki zdolne ukoić sterane ciało i przynieść wytchnienie duszy. Można by tak na przykład wypić piwo, ale to pomaga tylko na chwilę, a zresztą sama myśl o napojach procentowych dosyć mocno odstręczała. Jaja, pomyślałem. Tak jaja kurze są moją odpowiedzią na tę jawną niesprawiedliwość. 

Jajecznica, a może pełne angielskie śniadanie. Normalnie byłoby to doskonała recepta, jednak owej niedzieli trzeba było przedsięwziąć wyjątkowe kroki. Trzeba było balsamu, czegoś wolnego od ciężaru smażeniny, jakiegoś złotego środka, który mógłby rozwiać czarne chmury w głowie, tak żeby dopasować ją do otoczenia. Powlokłem się do kuchni, wyjąłem jajka z lodówki, rozejrzałem się. Wczorajsza weka, pomidor, kawałek jakiejś szynki, kawa, herbata, masło. 

Białe pieczywo powędrowało do piekarnika razem z plasterkami szynki. Nastawiłem wodę na herbatę. W małym garnuszku zagotowałem wodę na jajka. Dodałem do niej soku z cytryny i wbiłem najpierw jedno a potem drugie jajo. Zagarnąłem je delikatnie łyżką cedzakową, żeby się nie rozpływały, a były ładne i zwarte. Jaja bez skorupki potrzebują niewiele czasu w gorącej wodzie. Dwie minuty powinny spokojnie wystarczyć.

Wyciągnąłem jajka w wody, pieczywo i wędlinę z pieca i przystąpiłem do montażu mojego lekarstwa. Kromka podpieczonej bułki (nie mam tostera, a przydał by się), plasterek wędliny, pomidora, a na wierzch jajko. Teraz dopiero trzeba je posolić i popieprzyć. Do tego wszystkiego dobry byłby sos holenderski, ale jak łatwo można się domyślić nie miałem głowy do fanaberii. 

Wszystko to ciepłe i pachnące (ale nie za mocno), a jajko w koszulce na wierzchu poezja. Lekko nieregularny kształt, błyszczące, delikatne i miękkie. W środku nagroda, rozpływające się piękne i smakowite żółtko. Ech, opuściły mnie wszystkie złe uczucia, żołądek się rozkurczył, głowa stała się jasna i myśli jakieś w niej od razu zaczęły krążyć. 

Jajka były jak klucz do świata zawartego brutalnie poprzedniej nocy. Doskonałe. Takich kluczy warto szukać i warto je znać. W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie potrzeba otwierania świata. Bazą do takiego dania jest potrawa o nazwie Eggs Benedict i nie są to wbrew temu co można znaleźć w niejednym menu "jajka benedyktyńskie" ani "jajka po benedyktyńsku". Nazwę zawdzięczają panu Lemuelowi Benedict, który raczył zamówić sobie taki przysmak w nowojorskim hotelu Waldorf. Zamówił, ma się rozumieć, po ciężkiej nocy :)

Polecam zatem Jajka Benedict wszystkim, nie tylko tym, co dochodzą do siebie po nocnych szaleństwach. Zapewniam, że nie tylko postawią na nogi, ale jeszcze nastroją pozytywnie do życia. Mnie pozwoliły wydostać się ze szponów szlafroka, ubrać się przyzwoicie, wypić kawkę i zjeść ciastko (już w dobrym nastroju) i ruszyć w miasto w pogoni za ostatnimi promieniami słońca.

16:01, maciekem
Link Komentarze (4) »
środa, 18 listopada 2009
Targi HORECA
Byliśmy dziś na targach HoReCa w Krakowie, będziemy tam jutro i pojutrze. Jedzenia za wiele nie ma. Są niezłe lody z Włoch i stoisko Browaru Krajan z Nakła nad Notecią - robią świetne piwo grejpfrutowe, smakuje nawet Gosi, choć ona do amatorów piwa nie należy. Poza tym czego tam nie ma - wielkie kuchenki i takie piece, co mogą pomieścić całą krowę. Miksery gargantuicznych rozmiarów, kawę, szklanki, łóżka, pościel, cuda, wianki. Jednocześnie odbywają się targi winiarskie - hurra! Mnóstwo wina do degustacji (jak to dobrze nie być kierowcą) między innymi z Kastylii, Puglii, Brazylii, Gruzji, a także z Polski. 

Zapraszamy Was jutro na nasze stoisko - nr C9. Jest konkurs, są ciastka, no i my przede wszystkim. Dodatkowo o 19:00 odbędzie się finał małopolskich Akcji Rekomendacji Krakowskich Restauracji - jeżeli nie uda Wam się wpaść, relację przeczytacie na blogu.

Na koniec ciekawostka. Jedno ze stoisk. Na nim pusto. No, nie do końca pusto. Stoi stolik, przy nim trzy krzesła, a na krzesłach trzy dziewczyny. Pytamy, kto zacz, zaintrygowani egzotyczną nazwą, a one na to, że nie wiedzą. Ludzie, którzy mieli przyjść i powiedzieć tym dziewczętom co i jak nie zjawili się, więc tak sobie siedziały. To się nazywa przygotowanie :)

20:44, maciekem
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 listopada 2009
USA numer dwa, czyli wehikuł czasu.
Udało się chyba w końcu dojść do ładu z bloxem i doładować energię przez te parę dni. Kontynuuję zatem temat amerykańskich smaków, bo - jak niektórzy pamiętają - opowieść zarzuciłem w kuchni, zmęczony podróżą, z butelką niezwykle słodkiego napoju w dłoniach. Cukier plus woda z gazem plus cytryna - niby lemoniada ale cukru w niej mnóstwo i jakieś E. Niechętnie wracam do tego smaku mino, że wspomnienia niczego sobie. 

Do drugiego ze smaków tak mocno kojarzących się w mojej głowie z USA - chociaż amerykańskości w nim za grosz - wracam znacznie chętniej. Było tak. To samo Windy City, to samo lato i wielkie jezioro. Pogoda tylko się popsuła, szaro było i pochmurno, choć wcale ciepło. Sporo gawiedzi zgromadzonej na szerokiej, piaszczystej plaży w coraz niecierpliwszym oczekiwaniu na pokaz lotniczy. Część siedziało na kocach, trochę osób stało, a mnie przypadło w udziale miejsce siedzące na "coolerze", czyli lodówce turystycznej. 

Trzeba tutaj powiedzieć, że wydarzenia gromadzące ludzi w USA w zasadzie muszą mieć w swoim programie jakieś jedzenie. Sport, pokazy lotnicze, wyścigi i inne zgromadzenia łączą się nieodmiennie z konsumpcją pokarmów wszelakich. Brzmi to niezwykle rozsądnie, bo jakże tak czekać o pustym żołądku? O ile lepiej obserwować mało zajmujące sportowe zmagania (np. baseball) bez przekąsek. Można by rzec, że to nie tyle zgromadzenia, co po prostu gremialne pikniki. 

Amerykanie na tych piknikach zajadają się różnej maści okropieństwami, do których Europejczyk podchodzi co najmniej z rezerwą, ale pastwić się na nimi nie będę. W lodówce pod moim tyłkiem znajdowały się bowiem kanapki "Tęsknota emigranta". Bułka z pasztetową, do tego sałata i pomidor. Trochę masła. Może i pieczywo nie do końca "nasze", pomidor i sałata to już obca naleciałość, ale pasztetowa... Po pasztetową to trzeba jechać przez miasto, do odległego sklepu z polskimi produktami. Prawdziwa pasztetowa z polskiego sklepu - pieprzna, różowawa w środku. Wcale nieoczywiste, że każda taka jest teraz, w dobie słabej jakościowo konfekcji spożywczej. 

Czasem taką kupuję w małym sklepie nieopodal domu i wiem od taty, że ta akurat jest ze Skawiny. Dobra też bywa u Jędrusia Pogody na rynku Dębnickim. Kupię trochę, do tego bułka, masło, pomidor, sałata i wehikuł czasu gotowy. 

Samoloty tamtego dnia nie przyleciały, bo pogoda nie sprzyjała. Dziś pogoda też pod psem, ale na rynek mogę się ruszyć i bez ryku silników odrzutowych wylądować na chłodnym piasku nad jeziorem Michigan.

10:28, maciekem
Link Komentarze (1) »
środa, 11 listopada 2009
Niepodległość i gęsi
W rodzinnych zbiorach zachowało się piękne zdjęcie z młodym, wąsatym mężczyzną w austriackim mundurze. Pan na zdjęciu to Michał, mój pradziadek urodzony w okolicach Pisarzowej, który ożenił się z Węgierką i osiadł w Koszycach (obecnie Słowacja). Tam też urodził się mój dziadek, Marcin, rocznik 1907.

11 listopada 1918 dziadek miał 11 lat i na podwórku wymieniał się kanapkami ze swoimi żydowskimi kolegami. Oni dawali mu chleb z masłem, które było wtedy delikatesem. W zamian dostawali kromki z  tańszym, ale przecież zakazanym smalcem. Dziadek miał właśnie imieniny, więc może tego dnia dostawał dwie kromki za jedną? Gdzieś w tle rozpadało się Cesarstwo (tak, raczej rozpadało się Cesarstwo, niż odradzała się Polska), ale który jedenastolatek naprawdę by się tym przejmował?

Kilkadziesiąt lat później, w Krakowie - gdzie ostatecznie dziadka rzuciła dziejowa zawierucha i gdzie mieszkał do końca życia - cała rodzina składała dziadkowi imieninowe życzenia. Jak co roku. I jak co roku, wjeżdżała na stół pokaźnych rozmiarów pieczona gęś.

Szkoda, że tego wszystkiego nie pamiętam. Dziadek umarł, kiedy miałam cztery lata i w pamięci zostały mi już tylko strzępy. Ale myślę, że byłby dumny z polskich hodowców, którzy chcą przekonać Polaków na powrót do jedzeni gęsi. Polska gęś naszym kulinarnym symbolem narodowym - dlaczego nie?

A niechaj narodowie wżdy postronni znają,
Polacy nie gęsi! Oni je zjadają!



GĘŚ ŚWIĘTEGO MARCINA
(wg przepisu z  "Kuchni polskiej", z niewielkimi zmianami)
porcja dla rodziny 2+3, wszyscy lubimy jeść

jedna gęś (najlepiej prosto ze wsi)
1,5 kg antonówek
1 kg ziemniaków
czosnek (sporo)
zioła (tymianek, majeranek)
sok z cytryny
kieliszek dobrej whisky (ale może byc też wódka)

Gęś wypatrosz, umyj i natrzyj sokiem z cytryny. Odłóż na chwilę, w tym czasie umyj, obierz i pokrój jabłka (na ćwiartki). Przygotuj mieszankę ziół i czosnku i natrzyj nią gęś. Jabłkami nafaszeruj ptaka i zepnij go wykałaczkami :)
Gęś teraz ląduje w brytfannie, podlana wodą (mniej więcej 1/3 szklanki) - piecz, aż woda w większości odparuje. Podlej whisky (albo wódką), zmniejsz temperaturę piekarnika do 180 stopni. Piecz jeszcze ok 2,5 h. Można przykryć gęś z wierzu folią aluminiową, gdyby się za bardzo rumieniła.

Moja mama podaje gęś z pieczonymi ziemniakami i modrą kapustą.

Na świętego Marcina Polska jeść gęsi zaczyna! Smacznego!


 
1 , 2 , 3