Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Przypadkowe lizaki z borówek . Jak u Pani z Okienka
Weszlam do kuchni, a te lizaki zrobily sie calkiem przypadkiem.


Lizaki zrobily sie z borowek, ktore - jak poinformowal mnie ostatnio wielki banner w lokalnym supermarkecie - sa wlasnie 'in season'. No, chyba w Argentynie. Ale do rzeczy.

Zachcialo mi sie borowek. Kupilam wiec pudelko (amerykanskich, rzecz jasna, innych tu nie daja) i zamierzalam zjesc jego zawartosc tak, jak lubie najbardziej, czyli na surowo. Ku mojemu przerazeniu okazalo sie jednak, ze owoce wysypujace sie z pudelka po dlugiej podrozy z Ameryki Poludniowej nie roznia sie bardziej od Polakow wysypujacych sie na Victoria Coach Station z autobusu, ktory wlasnie przejechal wieksza czesc Europy. Jak by to powiedziec... sa mocno przywiedle. Pozdrowiwszy w myslach sklep, ktory mi je sprzedal spora iloscia szeleszczacych przeklenstw, postanowilam borowki przeznaczyc na nadzienie do prostej, owocowej tarty, wierzac w zbawienne ilosci cukru i wysokiej temperatury (bo ktoz nie lubi, kiedy slodko i cieplo?).

Postawilam garnek, jak przykazuje Czyprak Antoni, na gazie, wsypalam do srodka borówki, a nastepnie poczulam, jak reka boska chwyta mnie za nadgarstek i potrzasa cukierniczka, wysypujac z niej cala zawartosc do garnka.

O zgrozo!

Coz bylo robic, zaczelam mieszac, ustawilam garnek na najmniejszym ogniu i zajelam sie przygotowywaniem ciasta na tarte. A tymczasem w garnku powstal podstepnie borowkowy karmel:



Do tarty do niczego. Ale w sam raz na lizaki! - pomyslalam. Przelamalam kilka patyczkow do szaszlykow i uformowalam kulki ze skarmelizowanych borówek.



I znowu zapach pociagnal za cyngiel pamieci.
I nagle mam lat dziesieci i nie jestem w londynskim mieszkaniu, ale na polnocnym wschodzie Polski, w Prostkach, kolo Elku, tam gdzie granice miedzy dawna Rzeczpospolita a Prusami Wschodnimi ciagle jeszcze czuc pod kolami. Razem z banda moich zwariowanych kuzynow i banda ich zwariowanych kolegow, zmeczeni zabawa w berka i rzucaniem w siebie pociskami z blota, pukamy do okienka na parterze poniemieckiego domu z okraglych kamieni. Czekamy cierpliwie, trac potluczone kolana, az wreszcie okno otwiera sie piskliwie. Starsza, siwa pani, wystawia na parapet wylozona pergaminem foremke do ciastek i pyta: jakie chcecie?

A na foremce lizakow bez liku. Okragle, kwadratowe, podluzne, jedno - i dwukolorowe. I moje ulubione, kulki z makiem. Objadamy sie lizakami, mija lato, ja wracam na poludnie, mija rok i znowu siedze przed poniemieckim domem, a z ust wystaje mi patyczek od lizaka. Objadamy sie lizakami, a ja, moze jedenastoletnia, zastanawiam sie, skad ta pani wie, jak robic lizaki w domu. Mija jeden, drugi i trzeci rok i wreszcie przychodzi to lato, kiedy nie ma juz nikogo, kto móglby otworzyc dla nas okno.

Fast forward i stop. I znów jestem w Londynie. Objadamy sie lizakami, a ja zastanawiam sie, czy Pani z Okienka tez czekala pietnascie lat, zanim reka boska wysypie jej cala zawartosc cukierniczki do garnka z borowkami.