Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
sobota, 30 stycznia 2010
Obiad na granicy prusko-polskiej. Cz.1 - Wielka Historia
Widzieli Państwo "Everything is illuminated"? Jest tam taka scena, w której pośrodku pola słoneczników, na ganku walącego się drewnianego domu pokazuje się Lista - stara, siwa, jasnooka kobieta w kwiecistej chustce.

Taka była moja babcia Jadwiga, żona dziadka Piusa, któremu imię nadano po papieżu. Babci Jadzi nieźle się oberwało od Wielkiej Historii - najpierw esesmani zatrzelili za stodołą jej pierwszego męża (a brata mojego dziadka), potem Sowieci wyrzucili ją z domu (dopiero za którymś razem, bo wcześniej pogoniła ich z siekierą). Jakiś czas później przyszli enkawudziści, kopniakami żądając od babci pieniędzy, na co dziadek nie wytrzymał i prawie ich pozabijał. Następnego dnia jechał już transportem na Syberię, a babcia z dzieckiem czekali na niego kolejne 10 lat.

W końcu osiedli moi dziadkowie między Ełkiem a Grajewem, w Prostkach - tam, gdzie dawną granicę między Prusami a Rzeczpospolitą ciągle można poczuć, zjeżdżając z gładkiego asfaltu na poniemiecki bruk. Zamieszkali w opuszczonym bliźniaku i zajęli się rolnictwem. Widywałam ich rzadko, bo kiedy jeszcze mieszkaliśmy pod Augustowem byłam małym bąkiem; potem przeprowadziliśmy się pięćset kilometrów na południe i do dziadków jeździliśmy mniej więcej raz na rok. Pamiętam stamtąd piękną kamienną bramę, ciemną sień, tytoń suszący się przy domu, babcię w kwiecistej chustce i dziadka o doskonale kresowych rysach. I babkę ziemniaczaną mojej babci, potrawę niewiarygodnie prostą i równie niewiarygodnie uzależniającą. Doskonały pomysł na prosty zimowy obiad.

Babka ziemniaczana babci Jadzi (dla 2-3 osób)
6 ziemniaków, surowych, startych na drobnej tarce
pół cebuli, drobno pokrojonej
małe jajko
płaska łyżka mąki
boczek i surowa słonina, pokrojone w kostkę (polecam też wersję na winie: co się nawinie to do babki)
pieprz i sól 

Wszystkie składniki trzeba ze sobą wymieszać i upiec w przygotowanej wcześniej formie (nasmarowanej tłuszczem) przez około godzinę w 180 stopniach. Na wierzchu powinna się zrobić lekko złota, chrupiąca skórka.

Do tego dobre jest piwo, ale i zwykła woda daje radę. Taką babkę, jeśli jej nie opchniemy na raz, możemy jeść przez następne dwa dni bez żadnych obaw - to jest uczciwe, kresowe jedzenie dla prawdziwych ludzi. 

Ach - i jeśli nie widzieli Państwo "Everything is illuminated" to proszę jak najszybciej zobaczyć.

niedziela, 24 stycznia 2010
Kuchnia mamy Franceska. Wspomnień z Włoch część 1
No to lecimy. Przyzwyczaiłyśmy się już do ciasnych, ryanairowych siedzeń, które z "lotniczymi" mają niewiele wspólnego. Pod nami patchworkowa Polska, potem Alpy jak wielka zmarszczona kołdra ciągnąca się po horyzont. Przyklejone do małego okienka łowimy te widoki łapczywie: świat widziany z ośmiu tysięcy metrów zawsze jest czymś niezwykłym.

Z lotniska w Bergamo odbiera nas Francesco, mój kolega poznany w czasie studiów w wilgotnej środkowej Anglii, z którym łączą mnie nie tylko wspólne wspomnienia wspólnej dziesięciu osobom lodówki, ale też umiłowanie tanich, musujących alkoholi. Samochód Franceska nie ma klimatyzacji. Właściwie, biorąc pod uwagę, że jest dopiero maj, nie powinien to być żaden problem. Dwie i pół godziny stania w korku na wystawiającej twarz do słońca autostradzie skutecznie jednak naginają perspektywę. Toczymy się powoli, na zmianę przysypiamy (wyłączając Franka, rzecz jasna). Wreszcie jesteśmy.

O.Mój.Dobry.Boże.

Myślałyśmy, że takie miejsca istnieją tylko w filmach. Oto wjeżdżamy na brukowaną (ile ten bruk może mieć lat...!) uliczkę, na wpół zalaną słońcem, na wpół zacienioną i zatrzymujemy się przed najładniejszym budynkiem. Wysiadamy, a z balkonu wyglądającego jak miniatura wiszących ogrodów Semiramidy macha do nas włoska mamma Franka. Buongiorno, ragazza! - Buongiorno, mamo Franceska! (Cholera, może to jednak scenografia? Anka, puknij w mur, może się rozleci! Ale ten ani drgnie). Z naprzeciwka pachnie pizzeria; drzwi są otwarte, zasłania je tylko zasłonka pleciona z gumowych sznurków - trochę podobna do tych, jakie były modne w polskich M3 w czasach świetności Commodore 64 i Telewizji Krater. 

Wchodzimy w podwórko, które - nie licząc lśniącej czystością posadzki i atrybutów współczesności w stylu anten satelitarnych - wygląda tak, jakby je ktoś przed chwilą w całości importował z późnego średniowiecza. Podobnie schody. Wchodzimy do mieszkania, całego w marmurach, meblach z ciemnego drewna i takich tam, gdzie wita nas mamma i zaprasza do stołu. Bagaże później. No to siadamy.

Mama i tata Franka nie mówią po angielsku, my po włosku potrafimy powiedzieć "Lambrusco", "pizza" i "mafia". Wobec czego Francesco robi za tłumacza; pomocne staje się też wymachiwanie rękami i przesadna mimika. "Nazywam się Pierwszy Kościół", mówi tata Franceska. Słucham? Primo chiesa, mówi Francesco, znaczy "pierwszy kościół". Daj spokój, jak to: twój tata ma na imię "pierwszy"?, pytamy, popijając wodą pane carasau. No tak, tata to Pierwszy Kościół, a mama jest z Sardynii. Jak się jest z Sardynii, to się jest z Sardynii, przeprowadzki niczego nie zmieniają. Poza tym, jak się jest z Sardynii to przeprowadzka do Włoch kontynentalnych jest przeprowadzką zagranicę, wobec czego tym bardziej trzeba pielęgnować swoje wyspiarskie tradycje. Stąd na stole cannonau, stąd carta musica, stąd nawet woda mineralna prosto z Sardynii.

Podano przystawki. O, vitello tonato. O, carpaccio. O, domowy grillowany bakłażan. O, bogowie! 

Bardzo staramy się z Anką nie wyjść na ostatnie żarłoki, które przyjechały z kraju opanowanego przez głód i wojny. Najchętniej zeżarłybyśmy same wszystko, co jest na stole, ale przypominamy sobie nawzajem: stay calm, stay calm, będzie więcej. Jak na zawołanie mamma otwiera piekarnik, z którego bucha mocny zapach pieczonych pomidorów. - To jest melanzane parmigiana - mówi po włosku Nigella Lawson, która chwilowo przybrała postać mamy Franceska. Tłumaczenie niepotrzebne, same zbadamy wszystko, nożem i widelcem. 

Bakłażan, oliwa, pomidory, Parmigiano Reggiano plus przyprawy, wszystko zapieczone, pyszne i kremowe. Do tego czerwone wino. Do diabła ze wszystkimi włoskimi restauracjami, które przyszło nam wcześniej odwiedzić! Niech piekło pochłonie ich monotonne menu! Precz z podrabianą pizzą i spaghetti carbonara z pieczarkami! Tu są prawdziwe Włochy, tu jest prawdziwe jedzenie, tu są prawdziwi ludzie! Rozpływamy się... i kiedy już się wydaje, że nie może być lepiej, na stole pojawia się lasagne z karczochami.

Ale o tym więcej w następnym odcinku.


środa, 13 stycznia 2010
Absurdy z kart dań, odc. 3
Tym razem po węgiersku. Dzisiejsze absurdy pochodzą z restauracji w okolicach Tokaju, a informację o nich dostaliśmy od Mikołaja (dziękujemy!), który przysłał nam link do tego bloga.

Niech poniższe tłumaczenie nazw potraw będzie przestrogą dla wszystkich restauratorów-miłośników Google Translate.

  • Grzybiczna jajecznica z 3 jajek [nie chcę wiedzieć, gdzie kucharz trzymał ręce]
  • Bulion bogato, z muszlą ciasto [wyjątkowo wykwitne, na miarę restauracji Magnifica]
  • Trapistów ser w okruchach [brat Hieronim zbierał je prosto z klasztornej podłogi]
  • Sum kroi na Orly sposób, z przemieszanym garnirunkiem [odlotowe.]
  • Pociągnąć za wiatr z odłamkami [podobno wieprzowina]
  • Kotlet napełnił się owcą ser i palony knykieć pociągnęły, z przemieszanym garnirunkiem [ale się działo!]
  • Węgierska polędwica z cooked-roast podnosić do sześcianu ziemniak [ciekawe, jak wygląda taki spotęgowany ziemniak?]
  • Niewyszukany befsztyk z jajkiem sadzonym, odłamki [swojsko, z wojenną nutą]
  • Pierś kurczaka z bekonem z gorczycy wsypanym do bekonu [wariacja semi-wegetariańska]
  • Kałamarnica obchodzi dookoła Orly na sposób, z odłamkami [Francuz-Węgier dwa bratanki, kalmar staje z nimi w szranki]
  • Przekrzywiać jądra i wspinać się na mięso duszone z jarzynami z łeb [oferta biznesowa- zabawy integracyjne]
  • Serowe, przesadne kluchy [tym razem mało skromnie]
  • Naleśnik napełnił się czekoladą z drewna kasztanowego z opatrunkiem [nie ma to jak niekonwencjonalne połączenia].
Dla relaksu warto czasem pobawić się automatycznym tłumaczem. Ja na przykład wrzuciłam w jego macki fragment jednego z wcześniejszych wpisów:

In my head the city, a city outside the window, to monitor the city in porozwalanych the house as the town books. I have absolutely no time to think about anything else. Activity confectionery kept to a minimum. Eating there is somewhere in the background.

Kto zgadnie, który to wpis?
wtorek, 12 stycznia 2010
Herbata i Wyspy - krótka podróż w światy wolne od.
Żebyście zobaczyli nasz pokój!
Cały w kserach, kartkach, karteluszkach, teczkach i książkach. Papierowe towarzystwo jest w s z ę d z i e, kłebi się pod szafą, za łóżkiem, przy telewizorze, NA PODŁODZE, nie wspominając o biurku. Koty mają frajdę, że hej! Pisanie pracy magisterskiej i uczenie się do obrony ma swoje prawa. Na przykład takie, że przez jakiś czas najzupełniej dopuszczalne jest ignorowanie zajęcia pokoju przez papiery i kocie kudły.

Na szczęście jest jeszcze kuchnia. Tam się kręcę, kiedy już nie mogę. Kiedy wszystkie Baumany, Ritzery i Derridy pojawiają się pod moimi powiekami, ilekroć je zamknę, zachęcając do zadawania pytań, na które nie ma odpowiedzi. Więc do kuchni. Do ciepła, do ciastek, do herbaty.

Siadam z rogalikiem i filiżanką earl greya i odpływam do światów, w których nie ma zimy, magisterki i bałaganu w domu. A jak z herbatą, to na Wyspy.

Na przykład do Leicester, smutnego miasta w środkowej Anglii, które słynie z najliczniejszej w kraju populacji hinduskich imigrantów, fabryki chipsów Walkers (u nas znanych jako Lay's) oraz tego, że kiedyś mi tam przyszło studiować. W akademiku w Leicester: ja, dwoje Włochów, Hiszpanka, Austriaczka, troje Niemców, Francuzka i Szwed. Dziesięć osób, kulturowy tygiel i jedna lodówka. Uzupełniana zresztą regularnie co wtorek dzięki darmowej studenckiej linii autobusowej do supermarketu ASDA. A potem walka o miejsce w zamrażarce, studenckie jedzenie z różnych stron świata; dużo pesto, mini-pizze, wiener schnitzel i dziesiątki butelek Lambrini i wino donoszone z pokojów. Kuchnia jako centrum dowodzenia, jako recepcja, salon, klub, restauracja i sypialnia. I herbata, pita ze znajomym Kurdem (-Would you like some proper tea?  - Sorry? Some property?  - Not property, but proper tea!). Świat wartkich myśli, nieskażonych ideą pracy magisterskiej.

Albo Anstruther, gdzie uciekliśmy kiedyś przed nudą i beznadzieją prosto w ciepłe wnętrze najlepszego w Wielkiej Brytanii chippy baru. Wiało wtedy jak cholera, od morza leciały w naszą stronę małe igiełki lodowatej wody, a my byliśmy szczęśliwi opychając się łupaczem z frytkami, a potem pijąć kawę w Coast Coffee*. Koło maleńkiej latarnii morskiej było muzeum, w którym pani sprzedająca bilety odśpiewała tylko dla nas lokalną piosenkę.



Wcześniej był jeszcze Edynburg, mieszkanie u Hindusa Sujaia**, ogród w podwórku XIX-wiecznego kwartału, gdzie robiliśmy piknik ze Strongbowem i sałatką wg przepisu gospodarza (preparowany ryż + drobno krojona szalotka + pomidor + Bombay mix, pycha!), doskonała korma w lunchowej promocji na Leith i kiełbasa z grilla z bigosem na polskim festiwalu tamże. I herbata, cejlońska. Potem Musselburgh z Tomem oraz Mo i Karoline, które ugotowały niesamowitą, karaibsko-orientalną kolację, która nawet wegetarianina Toma skusiła do pożarcia kurczaka (serio; widzieliśmy go z samego rana, jak podjadał zimne resztki z patelni. Do tej pory nie wie, że go zdemaskowaliśmy), szkockie zamki i lunch w The Ducks z najlepszą na świecie pigwową tartą.

No i wycieczka na wyspę Skye z przymusowym przystankiem pod Ben Nevis, śniadanie w Smiddy House gdzie kelner podał Maćkowi haggis, przeczytawszy uprzednio jego myśli; dalej maleńka wioseczka Plockton, do której dojechać można tylko z jednej strony, a tam Louisa i jej ziołowy ogródek. Wielka wyprawa w poszukiwaniu highland cows z przerwą na wizytę w destylerni w Aberfeldy.

Albo do całodobowego Tesco w londyńskim Finchley, gdzie za ostatnie pieniądze - zarobione w kanapkowym barze nieopodal, gdzie serwowano prawn cock i crap sticks*** - kupowałam herbaty różnych typów, upychając je następnie pospiesznie do niewiarygodnie napakowanego bagażu o piętnastokilogramowym limicie wagi.

Gdzieś tam, na Wyspach, nie tak dawno temu, kwestia magisterki nie zaprzątała nawet ułamka moich myśli. Kartki z tekstami Wallisa nie walały się po podłodze, koty nie rozszarpywały moich zapisków z socjologii miasta. Było swobodnie i wygodnie. Ale wkrótce znowu tak będzie. Uwolnię pokój, ustawię koty i przygotuję się wyruszenie w znowu-wolną-od-magisterki nową drogę mojego życia.

Obrona we czwartek.


*tak właśnie; Coast, nie Costa - świetny chłyt marketingowy
**ponownie polecam wszystkim Państwu dobrodziejstwo, jakim jest couchsurfing
***właściciel był bardzo, bardzo pewnym siebie, potężnym Turkiem. Za zwrócenie mu uwagi płaciło się utratą pracy.

 
1 , 2