Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
Blog > Komentarze do wpisu
Wszystkie tradycje swiata
Marzec to taki nudny miesiac, myslalam zawsze. Plucha. Zimno. Przebisniegi nie chca wstac. Grypa i przeziebienie serdecznie zapraszaja na pole, wykorzystujac w celach marketingowych pierwsze promienie sloneczne. Kilka uroczystosci rodzinnych dodaje marcowi troche koloru, ale to by bylo na tyle.

Marzec byl nudny. A potem przeprowadzilismy sie do Londynu.

- Idziemy do mongolskiej knajpy swietowac Chinski Nowy Rok - powiedziala Janice. - Chcecie sie przylaczyc?
- No ba! - powiedzielismy my i zaznaczylismy w kalendarzu wtorek na czerwono. 
Chwile potem zadzwonil Quentin, byly kolega z pracy, z ktorym swego czasu nasmiewalismy sie z mitow naroslych wokol zupy cebulowej. - Robimy w srode party nalesnikowe, to ma cos wspolnego z religia, ale nie pamietam, co. Beda nalesniki, nalesniki cala noc i alkohol. Musicie przyjsc!
- No ba! - odpowiedzielismy i zaznaczylismy na czerwono srode.

Wyglad restauracji, do ktorej poszlismy z Janice, dawal odpowiedz na pytanie, jak wygladalby angielski pub po mongolskim najezdzie. W sufitu kolysaly sie czerwone lampiony, za barem porcelanowy kotek podnosil ku nam lapke w przyjacielskim gescie, z baru natomiast sterczaly znajome z innych przybytkow krany do nalewania popularnych na Wyspach marek piwa. 

Przywital nas wlaciciel - mily, na oko dwudziestokilkuletni chlopiec - i zaprosil do stolu. A tam- krzesla cale, a w stoliku dziura. A w dziurze- goracy kociolek, przedzielony na pol, a w kazdej polowce gotuje sie inna zupa. 
- Czestujcie sie - zachecal wlasciciel, wskazujac na zaladowana po brzegi surowym jedzeniem lade na srodku lokalu. Zabralismy wiec swoje male, biale talerzyki i poszlismy nazbierac sobie skladnikow do zupy: miesa, ryb, owocow morza, tofu i roznych dziwacznych warzyw (w tym salaty). Takie rozne roznosci wrzucalismy potem do zupy, gdzie wszystko bulgotalo radosnie przez niecale dwie minuty, by potem wyladowac spowrotem na talerzu. Bardzo fajny ten mongolski hotpot, obzarlismy sie jak sredniowieczni wojownicy, po czym, dosiadlszy doubledeckera pogalopowalismy do domu.

A dzien pozniej byla nalesnikowa impreza u Quentina. Znowu udalo nam sie wysiasc na niewlasciwej stacji (kto potrafilby odroznic Kensal Rise od Kensal Green?), zapomniec numeru mieszkania (krzyczenie QUENTIN! QUENTIN!! pod oknami trzypietrowej kamienicy nie przsporzylo nam przyjaciol wsrod Quentinowych sasiadow) i wylac czerwone wino, tym razem na siebie (wspanialy postep - ostatnim razem wino wyladowalo na scianie; plama zostalo opracwiona i okrzyknieta wybitnym dzielem sztuki wspolczesnej). Francuzi - ktorych bylo pelno w mieszkaniu, zupelnie jakby caly francuskojezyczny Londyn zebral sie wlasnie na Kensal Rise (Green?) - dolewali wina i typowo po francusku unikali odpowiedzi na pytanie, o co tu wlasciwie chodzi. Do tej pory nie wiemy, w jakiej to, 'jakos tam zwiazanej z Jezusem' imprezie bralismy udzial - ktos pomoze?

Nalesniki natomiast powrocily dzisiaj za sprawa Shrove Tuesday, czy angielskich ostatkow, znanych powszechnie jako nalesnikowy wtorek. To jeden z tych dni, kiedy naprawde ciesze sie, ze jestem w tym milym zachodnioeuropejskim kraju, gdzie w ostatki je sie nalesniki (pycha), a nie marynowane sledzie (fuj) z wodka. Rzecz jasna, zaraz po ostatkach zaczyna sie spowrotem wcinanie jajek w occie i oblewanie ryb obrzydliwym sosem HP, ale to chwilowo pomijam jako nieistotne.

Nalesniki jedlismy rano - z czekolada, cukrem, karmelem i dzemem truskawkowym, po poludniu z nutella i cukrem, po kolacji- z nutella, karmelem i cukrem. Nalesnikowy wtorek obchodzilismy tez w pracy, w calym swoim bogactwie dwudziestu pieciu narodowosci i dziewieciu wyznan. Nalesniki laczyly narody i pokolenia, staly sie na jeden dzien glownym tematem rozmow nad ekspresem do kawy i powodem opoznien w prowadzeniu firmowej korespondencji. Wzgardzily nimi jedynie trzcinopodobne kolezanki z marketingu, ktore nie jedza malin (bo maja  t  y l  e cukru!) i ktore, jak podejrzewam, pochodza z innej, bardzo odleglej planety. 

Po drodze byl jeszcze tlusty czwartek - wtedy, gdzie Panstwo opychali sie paczkami ze swoich ulubionych cukierni, ja usilowalam nie umrzec z przejedzenia churros i oponkami oraz opanowac pozar w kuchni (bez ofiar w ludziach, szczegoly innym razem). 

Pierwszego marca natomiast swietowalismy dzien swietego Dawida, patrona Walii, skad dzien wczesniej przywiozlam swietny przepis na walijskie ciasteczka (rownie dobry tu - klik! - ale ja robilam bez smalcu, a zamiast porzeczek dalam suszone jagody i owoce morwy). 

To oczywiscie nie koniec. Korzystajac z brytyjskiej multikulturowosci pelnymi garsciami w tym miesiacu swietujemy:
20 marca - Purim
21 marca - zoroastrianski nowy rok 
23 marca - Dzien Windy
28 marca kolejne zoroastrianskie swieto - urodziny proroka Zaratustry.

Jedzcie i pijcie, a zadnej okazji do swietowania nie przepusccie! - tako rzecze Zaratustra. Przynajmniej na tym blogu.



Na tym obrazku lokalny walijski Zaratustra poleca swietowanie w towarzystwie lokalnego alkoholu.
wtorek, 08 marca 2011, manra

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/03/09 16:11:26
Piekne to wszystko,ale ja po 22 latach pobytu na tym ;cudownym;zachodzie powiem jedno Nie ma to jak Polska:)
-
Gość: , *.ip.netia.com.pl
2011/03/23 14:12:09
Święto naleśników to La Chandeleur. Jest to Dzień Ofiarowania Pańskiego, a Francuzi świętują go m.in. jedzeniem naleśników.

fr.wikipedia.org/wiki/Chandeleur
-
2011/03/24 20:53:18
dziekujemy!!
zaraz dzwonie do Quentina, niech sie uczy o swoich tradycjach od Polaków :)