Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
Blog > Komentarze do wpisu
Kuchnia mamy Franceska. Wspomnień z Włoch część 1
No to lecimy. Przyzwyczaiłyśmy się już do ciasnych, ryanairowych siedzeń, które z "lotniczymi" mają niewiele wspólnego. Pod nami patchworkowa Polska, potem Alpy jak wielka zmarszczona kołdra ciągnąca się po horyzont. Przyklejone do małego okienka łowimy te widoki łapczywie: świat widziany z ośmiu tysięcy metrów zawsze jest czymś niezwykłym.

Z lotniska w Bergamo odbiera nas Francesco, mój kolega poznany w czasie studiów w wilgotnej środkowej Anglii, z którym łączą mnie nie tylko wspólne wspomnienia wspólnej dziesięciu osobom lodówki, ale też umiłowanie tanich, musujących alkoholi. Samochód Franceska nie ma klimatyzacji. Właściwie, biorąc pod uwagę, że jest dopiero maj, nie powinien to być żaden problem. Dwie i pół godziny stania w korku na wystawiającej twarz do słońca autostradzie skutecznie jednak naginają perspektywę. Toczymy się powoli, na zmianę przysypiamy (wyłączając Franka, rzecz jasna). Wreszcie jesteśmy.

O.Mój.Dobry.Boże.

Myślałyśmy, że takie miejsca istnieją tylko w filmach. Oto wjeżdżamy na brukowaną (ile ten bruk może mieć lat...!) uliczkę, na wpół zalaną słońcem, na wpół zacienioną i zatrzymujemy się przed najładniejszym budynkiem. Wysiadamy, a z balkonu wyglądającego jak miniatura wiszących ogrodów Semiramidy macha do nas włoska mamma Franka. Buongiorno, ragazza! - Buongiorno, mamo Franceska! (Cholera, może to jednak scenografia? Anka, puknij w mur, może się rozleci! Ale ten ani drgnie). Z naprzeciwka pachnie pizzeria; drzwi są otwarte, zasłania je tylko zasłonka pleciona z gumowych sznurków - trochę podobna do tych, jakie były modne w polskich M3 w czasach świetności Commodore 64 i Telewizji Krater. 

Wchodzimy w podwórko, które - nie licząc lśniącej czystością posadzki i atrybutów współczesności w stylu anten satelitarnych - wygląda tak, jakby je ktoś przed chwilą w całości importował z późnego średniowiecza. Podobnie schody. Wchodzimy do mieszkania, całego w marmurach, meblach z ciemnego drewna i takich tam, gdzie wita nas mamma i zaprasza do stołu. Bagaże później. No to siadamy.

Mama i tata Franka nie mówią po angielsku, my po włosku potrafimy powiedzieć "Lambrusco", "pizza" i "mafia". Wobec czego Francesco robi za tłumacza; pomocne staje się też wymachiwanie rękami i przesadna mimika. "Nazywam się Pierwszy Kościół", mówi tata Franceska. Słucham? Primo chiesa, mówi Francesco, znaczy "pierwszy kościół". Daj spokój, jak to: twój tata ma na imię "pierwszy"?, pytamy, popijając wodą pane carasau. No tak, tata to Pierwszy Kościół, a mama jest z Sardynii. Jak się jest z Sardynii, to się jest z Sardynii, przeprowadzki niczego nie zmieniają. Poza tym, jak się jest z Sardynii to przeprowadzka do Włoch kontynentalnych jest przeprowadzką zagranicę, wobec czego tym bardziej trzeba pielęgnować swoje wyspiarskie tradycje. Stąd na stole cannonau, stąd carta musica, stąd nawet woda mineralna prosto z Sardynii.

Podano przystawki. O, vitello tonato. O, carpaccio. O, domowy grillowany bakłażan. O, bogowie! 

Bardzo staramy się z Anką nie wyjść na ostatnie żarłoki, które przyjechały z kraju opanowanego przez głód i wojny. Najchętniej zeżarłybyśmy same wszystko, co jest na stole, ale przypominamy sobie nawzajem: stay calm, stay calm, będzie więcej. Jak na zawołanie mamma otwiera piekarnik, z którego bucha mocny zapach pieczonych pomidorów. - To jest melanzane parmigiana - mówi po włosku Nigella Lawson, która chwilowo przybrała postać mamy Franceska. Tłumaczenie niepotrzebne, same zbadamy wszystko, nożem i widelcem. 

Bakłażan, oliwa, pomidory, Parmigiano Reggiano plus przyprawy, wszystko zapieczone, pyszne i kremowe. Do tego czerwone wino. Do diabła ze wszystkimi włoskimi restauracjami, które przyszło nam wcześniej odwiedzić! Niech piekło pochłonie ich monotonne menu! Precz z podrabianą pizzą i spaghetti carbonara z pieczarkami! Tu są prawdziwe Włochy, tu jest prawdziwe jedzenie, tu są prawdziwi ludzie! Rozpływamy się... i kiedy już się wydaje, że nie może być lepiej, na stole pojawia się lasagne z karczochami.

Ale o tym więcej w następnym odcinku.


niedziela, 24 stycznia 2010, manra

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
czyprakantoni
2010/01/24 23:58:21
Eech, zazdraszczam...
-
Gość: Anka, *.ghnet.pl
2010/01/25 13:24:10
Pamiętam to jakbym zaledwie wczoraj wróciła z tego raju na ziemi. Takiego włoskiego jedzenia nie jadłam jeszcze nigdy! A pamiętasz tiramisu?
-
manra
2010/01/25 13:56:22
no a jak!
i krewetki! i makaron z małżami!