Krakowski blog kulinarny na emigracji. Londyn od kuchni. Kurczak tikka, crumpets, marmite i cider. Mind the gap!


Real Time Web Analytics
Nasz Newsletter
* indicates required
Blog > Komentarze do wpisu
Bąbelki - dar prosto z niebios
W Londynie była ciepła sierpniowa noc, doubledeckers śmigały po oświetlonym pięknymi latarniami Putney Bridge, a ja z bandą sezonowych emigrantów z mojego miasta siedzieliśmy nieopodal, wyposażeni w butelki Lambrini. Za naszymi plecami zamożniejsi i bardziej kulturalni od nas tubylcy wychylali swoje pinty piwa i relaksowali się na obijanych skórą sofach. W innej części miasta dogorywał Notting Hill Carnival. Nam wystarczał beton nadrzecznych schodków - prawie jak nad Wisłą.

Pierwsze butelki poszły już w autobusie linii 85, który nas na schodki przywiózł. Lambrini miało wszystko, czego potrzebowałam: bąbelki, stonowaną słodycz i dobrą cenę (j e d e n  funt brytyjski za 0.75l !). Bąbelki pociągnęły nas z Putney dalej w miasto - biegiem przez most, prosto na plan jakiegoś serialu z panem oblanym sztuczną krwią, na drzewie siedział facet z maszynką do sztucznego deszczu, pani na obcasach usiłowała wjechać samochodem do Tamizy - ale się działo! Potem Trafalgar Square, ktoś wpadł do fontanny, St. James Park i zabawa w chowanego, w końcu drzemka przed Parlamentem i powrotny rozkołysany rajd do piątej strefy.

Innym razem bąbelki uśpiły mnie na motorze typu ścigacz w drodze powrotnej z Brugii do Londynu. Zatrzymaliśmy się z kolegą w jakimś pubie, zamówiłam Magners, cudowny irlandzki cydr (który, nie wiedzieć dlaczego, w Irlandii występuje pod nazwą Bulmers). Oj, napiłam ja wtedy, ledwie jedna butelka, a uśpiła mnie słodko i jechałam sobie z tyłu na motocyklu nieprzytomna. Kolega Peter powiedział, że to chyba pierwszy taki przypadek w historii.

Bąbelki rewelacyjnie leczą też wszelkie stany depresyjne*, w tym jesienny spleen. Tak było pewnego razu w małym włoskim miasteczku, gdzie ja i A., obie napędzane Prosecco na zmianę z Lambrusco oraz lokalnym winem musującym Sangue di Giuda, kurowałyśmy się po psychicznych spusztoszeniach spowodowanych obniżonym ciśnieniem, frontami atmosferycznymi i innymi typowo listopadowymi przygodami.

Ale ile złamanych serc posklejały wariacje na temat Sowietskoje Igristoje! Gdyby poskładać te wszystkie rozmowy przy Bajkał Igristoje, Siemiennoje Igristoje, Carskoje Igristoje, Russkoje Igristoje i Bóg-wie-czym-jeszcze, wyszłaby gruba księga o rewelacyjnych właściwościach terapeutycznych. Szczególnie w połączeniu z ciepłym wieczorem, pobliską rzeką i bandą znajomych.

Bo te właśnie składniki najbardziej pasują do taniego musującego wina.


W takich okolicznościach przyrody najlepiej smakuje coś z bąbelkami


*to NIE jest zachęta do leczenia alkoholem. Umiarkowanie w jedzeniu i piciu receptą na powszechną szczęśliwość i dobrostan.
poniedziałek, 31 sierpnia 2009, manra

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
polinqa
2009/08/31 17:19:58
chyba najbardziej podobała mi się wzmianka o zasnięciu w trakcie jazdy :D dobrze, że nie spadłaś :D
-
Gość: Polamerka, *.dsl.chcgil.sbcglobal.net
2009/09/01 05:38:34
och! gdyby tak po wiekszej ilosci babelkow mozna bylo lewitowac...